W niedzielę wieczór oficjalny bilans epidemii wynosił 5 423 wypadki zakażeń i 127 zgony, czyli odpowiednio o 954 i 36 więcej niż dzień wcześniej. Bilans infekcji, jak twierdzą zabierający głos w mediach lekarze, jest z całą pewnością zaniżony, ponieważ nie wszyscy pacjenci są poddawani testom.

Reklama

W artykułach prasowych wciąż dominuje pytanie, czy odbędzie się II tura wyborów samorządowych. Już od soboty przedstawiciele różnych partii wzywali do ich odłożenia, a nieusłuchanie tych wezwań przez rząd jest ostro krytykowane.

W pierwszej turze odnotowano rekordową absencję - ok. 55 proc. - a rozprzestrzenianie się wirusa powoduje, że komentatorzy spodziewają się zakazu wychodzenia z domu poza niezbędnymi sytuacjami – podobnie jak we Włoszech i w Hiszpanii.

I bez tego zakazu dla Francuzów zaczyna się nigdy dotąd niespotykany tydzień, w którym zamknięta będzie większość miejsc publicznych – streszcza sytuację na swej stronie internetowej redakcja tygodnika "L’Express". Pracownicy nakłaniani są do zdalnej pracy i jednoczesnej opieki nad dziećmi, które nie mogą chodzić do szkół.

Według Cederica Pietralungi i Alexandre’a Lemarie z dziennika "Le Monde", rząd już rozmyśla nad zamknięciem Francuzów w mieszkaniach. Autorzy artykułu zwracają uwagę na "całkowitą zmianę kursu" przez władze. Jeszcze 6 marca prezydent Francji Emmanuel Macron wybrał się wraz z małżonką do teatru "po to, by pokazać, że życie trwa", jak powiedział, wzywając, by "oprócz osób szczególnie zagrożonych nie przestawać wychodzić z domu".

Dziesięć dni później skończył się czas naiwności – podsumowują dziennikarze „Le Monde” i zapowiadają, że „głowa państwa zamierza zamknąć wszystkich Francuzów w ich domostwach”.

Według stopnia w jakim (Francuzi) wpasowują się w "oddalenie towarzyskie", zobaczymy, czy konieczne jest pójście dalej – oświadczyła w niedzielę rzecznik rządu Sibeth Ndiaye w wieczornej wypowiedzi dla radia RTL.

Cytowany przez "Le Monde" profesor prawa konstytucyjnego Dominique Rousseau tłumaczy, że zwykły dekret rady ministrów starczy, by w „wyjątkowych okolicznościach” rząd mógł ograniczyć swobody indywidualne, a wśród nich swobodę poruszania się, czy też wprowadzić godzinę policyjną.

To w roku 1916 prefekt departamentu Var w Prowansji po raz pierwszy wydał zakaz nagabywania potencjalnych klientów przez prostytutki z powodu „wyjątkowych okoliczności”, a kawiarniom podawania im napojów. Dwie kobiety podały do sądu to zarządzenie i przegrały, bowiem Rada Państwa, będąca odpowiednikiem najwyższego sądu administracyjnego, orzekła, że w czasie wojny państwo może dysponować wyjątkowo rozległymi środkami w kwestiach porządku i bezpieczeństwa. To orzeczenie posłużyło Radzie do rozszerzenia orzecznictwa na wszystkie następne okresy kryzysu, szczególnie podczas strajków i zamieszek studenckich w maju 1968 roku.

W sprawie II tury wyborów rząd zasięgnie opinii "ekspertów naukowych i przywódców partii politycznych" - zapowiedział premier Edouard Philippe, a szef resortu zdrowia Olivier Veran doprecyzował, że odbędzie się to najprawdopodobniej we wtorek.

Od niedzieli za przesunięciem głosowania wypowiedzieli się m.in. czołowi działacze Zjednoczenia Narodowego (dawny Front Narodowy), prawicowej partii Republikanie, Partii Socjalistycznej i stronnictw ekologicznych.

Wyniki ogłoszonego w niedzielę sondażu przeprowadzonego przez instytut Harris Interactive, wskazują, że 54 proc. Francuzów nie rozumie, jak rząd mógł nie przenieść I tury tych wyborów. Jak mogliśmy tak długo udawać, że nic się nie dziej, podczas gdy Francja przechodzi przez największy od stulecia kryzys sanitarny? – pyta retorycznie w poniedziałkowym komentarzu dyrektor redakcji "Le Figaro" Alexis Brezet.

Utrzymanie daty I tury wyborów nazywa "absolutnym nonsensem" w momencie, gdy „osobom starszym zdecydowanie radzono, by nie ruszały się z domu”. Wykrzywione strachem, pokiereszowane bezprecedensową absencją, obciążone galopującym tempem epidemii - te niedorzeczne wybory samorządowe pozostaną w historii jako maskarada demokratyczna – twierdzi komentator.

Reklama