Do ostatnich chwil przed niedzielnymi wyborami parlamentarnymi w Rosji trwa walka o jak najwyższą frekwencję. Kreml, który ma zwycięstwo w kieszeni, martwi się tylko jednym: co będzie, jeżeli Rosjanie masowo zlekceważą wybory. Od kilku dni w całym kraju trwa masowe i bezprecedensowe zachęcanie wyborców, by stawili się w lokalach.

Propagandowe filmiki, na których do głosowania zachęca agent Stirlitz w otoczeniu innych kultowych gwiazd sowieckiej pop-kultury, nie wystarczyły. Podobnie jak akcja obklejania blokowisk i stacji metra uświadamiającymi wyborczymi plakatami. Do agitki zagnano więc prywatną - teoretycznie - telefonię komórkową, która wysłała SMS-y za 5,5 miliona dolarów.

"Patrz, jakie chamstwo. <Przyjdź na wybory 2 grudnia. Twój głos jest ważny dla państwa>. To ingerowanie w moją prywatność" - 35-letni Sasza pokazuje mi dwa telefony, każdy z innej sieci. Na oba przyszedł agitacyjny SMS.

Operatorzy nie ukrywają, że zaangażowali się w przedwyborczą akcję na prośbę administracji prezydenta. Bronią się, że na wysokiej frekwencji powinno zależeć wszystkim siłom politycznym. Jednak każdy wie, że za sztucznym wyborczym spędzie zależy przede wszystkim władzy.

Po głosowaniu Putin ma być przywódcą narodu, kimś, komu Rosja jednoznacznie powierzyła swój los. Już dziś kremlowską młodzieżówkę "Nasi” przyłapano na drukowaniu zawczasu ulotek o tym, że Rosjanie wybrali Putina na "narodowego lidera”. Co to za lider, którego nie poparły tłumy?

"Wszyscy będą porównywać wynik z poprzednimi wyborami prezydenckimi, w których frekwencja wyniosła 64 proc." - mówi politolog Aleksiej Makarkin. Putin ma jasny cel: maksymalny wynik przy maksymalnej frekwencji.

Tradycyjnie zaprzęgnięto do kampanii władze regionalne wszystkich szczebli. Te zaś tryskają pomysłowością. Za udział w głosowaniu w różnych miastach kraju można będzie wygrać lodówkę czy telewizor albo bilety ma mecz hokejowy. W dwóch syberyjskich lokalach obok sali do głosowania ma przyjmować bezpłatnie ginekolog i dentysta, w innym fryzjer, a w innym wyborcy mają mieć bezpłatny poczęstunek.

Rozpętano także kampanię zachęcającą do pobierania tzw. otkriepitielnych talonów - zaświadczeń, które umożliwiają głosowanie poza miejscem zamieszkania (wielu Rosjan ma kłopoty z meldunkiem, co zawsze zaniża frekwencję). Kampania zmuszania pracowników państwowych firm, by pokazywali "otkriepitielnyje”, dopięła swego - do wczoraj wydano ich już 700 tysięcy.

Aby zagonić Rosjan do urn, komisje wyborcze powstaną na lotniskach, dworcach i w centrach handlowych, a po raz pierwszy będą mogli głosować także bezdomni - to w samej Moskwie kilkudziesięciotysięczny elektorat.

O to, by nic nie zagroziło zwycięstwu kremlowskiej partii, Kreml zadbał już wcześniej. "W Rosji nie było jeszcze kampanii tak bardzo skoncentrowanej na jednej sile politycznej" - mówi Makarkin. Na każdym kroku plakaty przypominają przechodniowi, że jego "wybór to Władimir Putin”, a "Plan Putina to zwycięstwo Rosji”. By wrogom Kremla odebrać animusz, milicyjne naloty rekwirowały materiały agitacyjne, a kandydaci po nocnych telefonach i wezwaniach na milicję wycofywali się z wyborów "z przyczyn osobistych”.

Dostało się także Sprawiedliwej Rosji, która jeszcze niedawno miała być drugą partią Putina. Kreml zmienił zdanie, gdy zobaczył, że zamiast komunistom, Sprawiedliwa Rosja odbiera punkty Jedynej. W efekcie niedoszłą "drugą nogę Kremla” potraktowano jak opozycję. Milicja rekwirowała jej gazety, a 60 billboardów w Moskwie zdemontowano po dwóch dniach. Oficjalnie z powodu nieprawidłowego rozstawienia. "Rozpraszały kierowców" - tłumaczyły władze.

Putin zawiódł jako mordernizator Rosji

Jakub Kumoch

zastępca szefa działu świat

Maj 2002 roku. To apogeum potęgi Władimira Putina. Nie tej opartej na policyjnej pałce i absurdalnym kapturowym sądzie. Tej prawdziwej. W ciągu kilku dni Putin przyjmuje w Moskwie i Petersburgu George’a Busha, niedługo później gości szczyt Rosja - UE. W tym samym czasie o mało co nie wybucha wojna między Indiami i Pakistanem, a telewizja CNN komentuje, że sytuacja jest napięta "pomimo pokojowych wysiłków Stanów Zjednoczonych i Rosji”. Kto pamięta, by kiedykolwiek o Moskwie mówiono w takim kontekście? Z takim szacunkiem. Jak o światowym mocarstwie, które wespół z Ameryką stara się ratować światowy pokój?

To był początek mojej przygody z Rosją i - przyznaję bez bicia - jak wielu towarzyszyło jej zachłyśnięcie Putinem. Zresztą nie tylko mi. Na początku 2002 roku Putin był w Polsce i podobał się wszystkim i z lewa, i z prawa. Był wówczas reformatorem Rosji, sprzątającym po Borysie Jelcynie. Ledwo co przeprowadził kilka poważnych reform, ukrócił separatyzmy, wprowadził podatek liniowy, skończył ze stałymi strajkami, bo pensje zaczęły być wypłacane na czas. Wreszcie po 11 września zdecydowanie i wbrew woli znacznej części doradców opowiedział się po stronie Zachodu. Rosja odzyskiwała wewnętrzną spójność, miejsce w światowej polityce, a także, to czego jej narodowi tak bardzo brakowało w czasach Jelcyna - narodową godność.

I wtedy zaczęło się dziać coś, co prawdopodobnie doprowadziło do najdłuższej i najgorszej metamorfozy rosyjskiego przywódcy. Prawdopodobnie on sam nie jest w stanie wskazać tej daty. Gdy składał kwiaty pod pomnikiem AK i gdy obściskiwał się z Bushem, baryłka ropy kosztowała 20 dolarów. W 2003, 2004 i 2005 roku jej cena stale rosła, nie przestała rosnąć do dziś. A wraz z nią rósł deszcz dolarów zasypujący Rosję, rosła potęga Putina i malała potrzeba jakichkolwiek zmian. Rosjanom zaczynało się żyć lepiej i wszystko to miało przełożenie polityczne - w 2003 roku Putin miał już dwie trzecie miejsc w parlamencie, w 2004 ponad 70-procentowe poparcie w wyborach prezydenckich. Potęga rośnie do dziś.

Kilka dni temu jeden z portali podliczył - za rządów Putina Rosja sprzedała ropy za bilion dolarów. Tysiąc miliardów, po 125 miliardów na każde z ośmiu lat. Wpompowano je w gigantyczne poparcie dla prezydenta – w utrzymywanie całych gałęzi nierentownego przemysłu, zakonserwowanie dawnego systemu ulg i przywilejów (gdy próbowano go ograniczać, doszło do protestów i Putin rakiem wycofał się z pomysłu) oraz sponsorowanie potulnych reżimów na obszarze postsowieckim.

Rosjanom żyje się lepiej. Bo uniknięto bezrobocia strukturalnego, nawet najmniej przydatne firmy państwowe działają, a rurociągi i gazociągi wciąż pompują surowiec. Ich względny dobrobyt jest jednak w całości zależny od cen ropy. Cywilizacyjnie Rosja została w tyle. Nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że szacunek budzi petrodolarowe państwo, w którym milicja jest tak źle opłacana, że zamiast z nawiązką wykonywać swoją pracę, terroryzuje na ulicach obywateli i ściąga haracze. Albo takie, w którym potężne wolne środki to za mało, by zbudować nowoczesną armię lub choćby solidnie opłacić wykładowców akademickich, żeby każda sesja nie zmieniała się w najobrzydliwszy festiwal łapówek.

Większość krytyków Putina zarzuca mu dyktatorski styl rządów. Zarzut ten byłby słabszy, gdyby dyktaturze towarzyszyła przebudowa państwa. Tymczasem, kończąc drugą kadencję, Putin nie jest już reformatorem, którym był w 2002 roku - jest kustoszem postsowieckiego muzeum.

Tydzień represji

* OMON i oddziały milicji rozbiły w sobotę 24 listopada w Moskwie opozycyjny Marsz Niezadowolonych. Jeden z jego organizatorów, lider Innej Rosji Garri Kasparow został zatrzymany i jeszcze tego samego dnia skazany na pięć dni aresztu za "stawianie oporu władzy”. Adwokat mógł z nim porozmawiać na pięć minut przed rozpoczęciem procesu, a po błyskawicznej rozprawie nikt nie miał prawa wejść do jego celi. Nie zgodzono się nawet na to, by mógł go odwiedzić Anatolij Karpow, z którym Kasparow toczył zaciekłe szachowe pojedynki o tytuł mistrza świata w szachach. Kasparow jest jednym z najzacieklej zwalczanych przeciwników Putina. Oprócz niego w ten sam weekend zatrzymano także innych opozycyjnych liderów: Borysa Niemcowa, Nikitę Biełycha i Leonida Guzmana. Temu ostatniemu przy aresztowaniu milicjanci złamali rękę.

* w czwartek 29 listopada milicja zatrzymała w Petersburgu Władimira Bukowskiego, dysydenta i obrońcę praw człowieka. Mieszkający w Wielkiej Brytanii Bukowski "ośmielił” się także rzucić wyzwanie Kremlowi i wystartować jako kandydat niezależny w marcowych wyborach prezydenckich. Powód zatrzymania: przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Sam Bukowski twierdzi, że nawet nie wszedł na jezdnię.

* moskiewski sąd skazał w czwartek 29 listopada na sześć lat więzienia Borysa Bieriezowskiego za zdefraudowanie przed laty 215 mln rubli. Proces odbywał się zaocznie. Oligarcha mieszka w Wielkiej Brytanii i nie pojawia się w Rosji, bo jest ścigany listem gończym. Bieriezowski, który dorobił się miliardów dolarów na podejrzanych prywatyzacjach za prezydenta Borysa Jelcyna i stał się jednym z jego głównych doradców, szybko popadł w niełaskę u nowego gospodarza Kremla. Teraz jest przeciwnikiem Putina. Współfinansował m.in. pomarańczową rewolucję na Ukrainie oraz łoży na rosyjską opozycję.

* milicja zatrzymała w środę 28 listopada znanego dziennikarza Wiktora Szenderowicza, który protestował przeciwko zatrzymaniu i skazaniu Kasparowa. Szenderowicz samotnie pikietował areszt. Miał być sądzony za zorganizowanie nielegalnego zgromadzenia, jednak akt oskarżenia "zaginął” tuż przed rozprawą. Dziennikarz został zwolniony.

Bukowski: Kreml nigdy nie pozwoli mi kandydować

Justyna Prus: To jak? Wie pan, jak należy przechodzić przez ulicę, czy nie?

Władimir Bukowski: Problem w tym, że jak mnie zatrzymywała milicja, w ogóle nie przechodziłem przez ulicę (śmiech). Byłem z grupą znajomych, z którymi jeszcze w latach 70. siedzieliśmy razem w leningradzkiej psychuszce na Arsenalnej. Szliśmy sobie spokojnie, gdy naprzeciwko pojawiła się grupa milicjantów. Zresztą to nie byli byle jacy milicjanci - był pułkownik, major i jeszcze paru innych.

I co ciekawego powiedzieli?

Spytałem, za co nas zatrzymują. "A na przykład za to, że przechodził pan przez ulicę nie na pasach" - powiedział mi milicjant. W tym czasie inni cały czas odbierali telefony, najwyraźniej z kimś się konsultowali. Pogadałem sobie z nimi.

O czym pan z nimi rozmawiał?

Opowiadałem im o policji w Wielkiej Brytanii, że jest niezależna od władz. Przysłuchiwali się z zaciekawieniem.

Dali wam spokój?

Niezupełnie. Towarzyszyli nam aż do samego szpitala, ale jak na okoliczności atmosfera nie była zła. Nie przeszkadzali nam, nie.

Wciąż zamierza pan startować w wyborach prezydenckich?

Oczywiście, ale nie mam najmniejszych wątpliwości – nigdy mnie nie zarejestrują. Na pewno znajdą jakieś uzasadnienie, żeby do tego nie dopuścić.

I dalej pan wierzy, że walka z Kremlem ma sens?

Kiedyś było o wiele gorzej i walczyć z reżimem naprawdę było o wiele trudniej. Wierzę, że Rosjanie nie są ciemną masą, która daje sobą sterować. Na nasze mityngi i spotkania przychodzi naprawdę dużo ludzi.

A Putina popiera jeszcze więcej...

Te wszystkie opowieści o rekordowym poparciu to bajki. W innym wypadku nie rozprawiano by się tak brutalnie z opozycją. Myślę, że Putin i jego ludzie wpadają w panikę, bo tak naprawdę nie wszystko idzie według ich planów. Władza próbuje zaklinać rzeczywistość, bo boi się o swoją przyszłość.

Do czego, pana zdaniem, zmierza obecny prezydent?

Na pewno jego plan będzie związany z Dumą, w innym przypadku nie zrobiliby z tych wyborów takiej farsy. Jak tylko Jedna Rosja zdobędzie większość konstytucyjną, czym prędzej zmieni konstytucję, żeby Putin mógł zostać na trzecią kadencję.

Gdyby do tego doszło, myśli pan, że świat jakoś zareaguje?

Ależ skąd. Wystarczy spojrzeć, jaka była reakcja na pogromy opozycji. Oczywiście media i zwykli ludzie ocenili to prawidłowo. Co innego wielcy tego świata - ci mają zbyt dużo do stracenia, by potępiać Putina.

*Władimir Bukowski, pisarz i jeden z najbardziej znanych sowieckich dysydentów, od lat 70. mieszkający w Anglii. W czwartek zatrzymano go w Petersburgu za „niewłaściwe przechodzenie przez ulicę”