"Śledź" wymykał się tropiącym go policjantom niemal cztery lata. Uciekł z kraju na fałszywych dokumentach i ukrył się na Malcie.

Reklama

"Wiedzieliśmy, że utrzymuje kontakty z rodziną. Starał się jednak o jak największą dyskrecję" - opowiada oficer stołecznej policji. Bliscy, którzy odwiedzali go na wyspie, kupowali bilety lotnicze przez podstawione osoby. Ale dzięki dokładnym informacjom z Polski policji z Malty udało się w końcu namierzyć bandytę. Dziś maltański sąd zdecydował o ekstradycji, na którą poczeka w areszcie.

Przed trzema miesiącami skończył się proces jego trzech kompanów. Sędzia Janusz Jankowski tak uzasadniał decyzję o trzech wyrokach dożywocia: "Jedyną zasadą tej grupy był całkowity brak zasad. Wyrok jest surowy, ale nasilająca się bezwzględność tych młodych ludzi wymaga surowych kar".

Również policjanci i prokuratorzy, którzy doprowadzili do wytropienia grupy "Śledzia", byli wstrząśnięci ich czynami. "Odłączyli się od większej grupy przestępczej i chcieli zastraszyć konkurentów. Dlatego w przebraniu policjantów wdarli się do domu jednego z gangsterów" - tłumaczy policjant, który brał udział w śledztwie. Porwali Artura Z. i jego partnerkę w ciąży. Na terenie twierdzy Modlin kazali im kopać grób, a potem mężczyznę zastrzelili, a kobietę udusili.

Na grupie ciążą także zarzuty wymuszeń haraczy, handlu narkotykami i nielegalnego posiadania materiałów wybuchowych.