Dochodziła godz. 7.15, gdy na autostradzie A4 w okolicach Budziszowa Wielkiego niedaleko Wrocławia w gęstej mgle
zderzyło się dziesięć aut. Samochody, w tym dwie ciężarówki i bus, całkowicie zablokowały ruch w kierunku Wrocławia. Wśród dziesięciu rannych była kobieta w ciąży.
Ponieważ na zasypanych śniegiem drogach Dolnego Śląska było ślisko, ratownicy wezwali na miejsce śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Już kilka minut po wypadku na A4 z lotniska we
Wrocławiu poderwał się w powietrze żółto-czerwony śmigłowiec z lekarzem i ratownikiem medycznym na pokładzie.
Wszyscy to fachowcy z wieloletnim doświadczeniem. Doświadczony pilot, 47-letni Janusz Cygański, był szefem bazy LPR we Wrocławiu. Towarzyszyli mu 51-letni pielęgniarz Czesław Buśko oraz
lekarz ortopeda-traumatolog Andrzej Nabzdyk.
Maszyna wzięła kurs na wschód. Po około 15 minutach powinna lądować w pobliżu miejsca karambolu. Śmigłowiec nie dotarł jednak na miejsce, a z załogą nie było żadnego kontaktu.
Niegroźnie ranną - jak się okazało - kobietę do szpitala zabrała karetka.
Niedługo potem do pogotowia ratunkowego w Środzie Śląskiej na numer alarmowy 112 zadzwonił z komórki Andrzej Nabzdyk. Ciężko ranny zdołał wypowiedzieć tylko trzy krótkie zdania.
"Powiedział, że się rozbili, nie wiedział gdzie, i że dwaj pozostali członkowie załogi są nieprzytomni i potrzebują pomocy" - relacjonował pracownik średzkiego
pogotowia.
Wtedy wszystko już było jasne - Mi-2 roztrzaskał się o ziemię. 20-letnia maszyna w gęstej mgle spadła między drzewa w sadzie we wsi Jarostów, około 200 metrów od najbliższych zabudowań.
To kilka kilometrów od miejsca, w którym doszło do karambolu. Z ważącego prawie dwie tony śmigłowca została tylko sterta złomu. "Nie było nic widać. Usłyszeliśmy tylko ogromny
huk. Nikomu nie przyszło do głowy, że to mógł być helikopter" - opowiadał DZIENNIKOWI Gabriel Bromiński, 21-letni mieszkaniec Jarostowa.
Na pomoc ruszyły dwie karteki ze Środy Śląskiej oraz cztery śmigłowce - trzy LPR z Zielonej Góry, Poznania i Gliwic oraz jedna maszyna wrocławskiej
policji. Mimo telefonu od Nabzdyka namierzenie miejsca wypadku okazało się bardzo trudne - ponad 200 strażaków i 100 policjantów błądziło we mgle i padającym śniegu, szukając wraku
maszyny.
Pilot i ratownik już nie żyli. Ciężko rannego lekarza jeden ze śmigłowców zabrał do wojskowego szpitala we Wrocławiu. Mężczyzna walczy o życie. Według lekarzy o rokowaniach na jego
wyzdrowienie najwcześniej można mówić dopiero w środę.
"To straszna tragedia, brakuje nam słów, żeby opisać to, co widzieliśmy. Wszyscy, zarówno zabici, jak i ranny, to nasi dobrzy koledzy" - mówili nam ratownicy LPR, którzy
byli na miejscu katastrofy.
"To bardzo doświadczeni pilot i ratownik - jedni z najlepszych, jacy pracowali w naszej firmie. Ich odejście to wielka strata" - oświadczył dyrektor medyczny LPR Zbigniew
Żyła. Kondolencje rodzinom ofiar katastrofy na Dolnym Śląsku złożył też premier Donald Tusk.
"Obaj od wielu lat pracowali w pogotowiu lotniczym. Łączymy się w smutku z rodzinami ofiar tragicznie zmarłego pilota i ratownika. Dzisiejszy dzień jest pod znakiem tej
tragedii" - mówił szef rządu.
Na miejsce katastrofy pojechali eksperci Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (PKBWL), którzy starają się wyjaśnić jej przyczyny. "Trudno w tej chwili cokolwiek wyrokować.
Wiemy tylko, że warunki pogodowe były bardzo złe. Nad trasą lotu unosiła się gęsta mgła, padał śnieg" - powiedział nam przewodniczący PKBWL Edmund Klich. "Niestety ten
rodzaj śmigłowca nie jest przystosowany do lotów przy takiej pogodzie" - dodał.