Wprowadzenia umów domagali się studenci. "Jak w każdej dziedzinie wymiany usług, dążyliśmy do posiadania przez obie strony spisanej i podpisanej treści wzajemnych praw i obowiązków" - mówi Marcin Chałupka z Parlamentu Studentów. Jego zdaniem ma to uchronić studentów przed niekorzystnymi dla nich zmianami w programie studiów lub nieoczekiwanymi podwyżkami za naukę.
Ale prof. Mirosław Handke, były minister edukacji narodowej, uważa, że nie można relacji pomiędzy uczelnią a studentem sprowadzać do systemu towar-klient. "Nie sądzę, aby wprowadzenie umów do szkolnictwa komercyjnego wpłynęło korzystnie na rynek edukacyjny. Studentom zaś radzę, aby nie tylko uważnie czytali to, co podpisują, ale domagali się od uczelni informacji o tym, jak radzą sobie na rynku pracy ich absolwenci" - mówi DZIENNIKOWI Handke.
Tymczasem kształcenie w niektórych uczelniach, zarówno prywatnych, jak i publicznych, odbiega od standardów. Potwierdzają to wyniki kontroli Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która zawiesiła pozwolenie na kształcenie na kilkudziesięciu kierunkach na uczelniach w całym kraju. Bywało, że szkoły nie miały sal wykładowych, pracowni, czy nawet bibliotek. Mimo to kazały sobie słono płacić, zwiększając z roku na rok wysokość czesnego, lub też naliczając tak wysokie odsetki za zwłokę, że wysokość kary przekraczała opłatę za studia.