Samolot wylądował w Polsce o godzinie 5.50 rano. Przywiózł 213 rodaków. Okrzyki radości szybko zagłuszyły wspomnienia z karaibskiej niewoli. "Rezydenci Open Travel kazali nam
uciekać z hotelu plażą" – opowiada w DZIENNIKU Zdzisława Sobczak z Warszawy, która z mężem wybrała się w wymarzoną trzytygodniową podróż do Porta del Sol. "To
właśnie przedstawiciele firmy siali największą panikę. Powtarzali, że hotelarze nam nie darują nieopłaconych pobytów i nie wydostaniemy się z wyspy" – dodaje ze
złością jej mąż, Czesław Sobczak. "A sami szybko czmychnęli do Polski. Zostawili nas na pastwę losu" – dodaje.
Piotr Bednarski wraz z dziesięcioma innymi Polakami mieszkał w hotelu Grand Paradise w Baverze. "Najpierw obsługa zamknęła nas w budynku na trzy spusty i kazała za wszystko płacić z
własnej kieszeni. Potem trzymała jak zakładników, dopóki nie pojawi się ktoś z konsulatu. Na domiar złego główny rezydent Open Travel wyłudził od nas pieniądze na wycieczki, które się
nie odbyły i zniknął" – mówi w DZIENNIKU.
Turyści winą za swój koszmar obarczają biuro-bankruta i polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. "Skoro już od kilku tygodni urzędnicy znali problemy Open Travel, to jak mogli
dopuścić do takiego naszego upodlenia?" – oburzają się w DZIENNIKU. Szymon Woźniak, student prawa z Warszawy, nie kryje zaskoczenia postawą ministerstwa.
"Usłyszeliśmy, że konsulka jest do naszej dyspozycji, podczas gdy miała zawsze wyłączony telefon. Przyjechała ostatniego dnia, tuż przed naszym wyjazdem. Na nic sie nie
przydała.
Tymczasem w Prokuraturze Rejonowej w Toruniu trwa śledztwo przeciwko szefowi upadłego biura podróży Open Travel Pawłowi P. Zarzucono mu oszustwo, ale nie aresztowano. Miejscowi policjanci
przesłuchali na razie kilku z poszkodowanych turystów. Spodziewają się jednak, że zgłosi się do nich ponad siedmiuset klientów biura, które nie zapłaciło za wakacje Polaków w Grecji,
Hiszpanii, we Włoszech i na Dominikanie.