Mikołaj P. przyznał się dzisiaj do wszystkiego. Nie widział dla siebie żadnych okoliczności łagodzących. Nie odpowiadał jednak na żadne pytania - ani sądu, ani prokuratora, ani obrońcy. Błagał tylko o przebaczenie. "To był wypadek, nie chciałem tego, gdybym wiedział, że może zdarzyć się coś tak strasznego, nie zrobiłbym nigdy prawa jazdy" - kajał się.
Jednak rodziny ofiar nie chciały wybaczyć mordercy. Bo dla nich to nie żaden pirat drogowy, a zwykły morderca. Dla nich wciąż jeszcze żywa jest pamięć bliskich, którzy stracili życie przez wariata. A ten w zimę, przy ograniczeniu do 40 km/h, pędził aż 100. Na Trasie Toruńskiej wpadł w poślizg, wbił się w grupę przechodniów na przystanku i kilkoro z nich zrzucił z wiaduktu. Na miejscu zginęły trzy osoby, dwie zmarły w szpitalu.
Mikołajowi P. grozi 12 lat więzienia, bo prokurator oskarża go o umyślne spowodowanie katastrofy. Nawet gdy już trafi za kratki, nie oznacza to dla niego jeszcze końca kłopotów. Bo rodziny ofiar już zapowiadają pozwy o wysokie odszkodowania za stratę ukochanych bliskich.