MATEUSZ SOSNOWSKI: Dlaczego nie przedstawia się pan Pineiro, tylko Iwanowski? Pineiro nie funkcjonuje także w umowach, tego nazwiska nie ma też na pana wizytówce?
JANUSZ
HEATHCLIFF IWANOWSKI PINEIRO*: Ja zawsze byłem Janusz Iwanowski. Prasa nazwała mnie Pineiro. To nie jest tak, że coś ukrywam. W KRS jest moje pełne nazwisko.
Ale to wygląda tak, jakby się pan czegoś wstydził...
Ze względów technicznych, czyli długości mojej pełnej tożsamości, używam nazwiska Janusz Iwanowski. Gdybym
chciał się ukrywać, zapisałbym firmę na żonę, rodzinę.
Dlaczego wszedł pan w biznes medialno-filmowy?
Zaczynaliśmy od wydawania książek, ale chciałem czegoś więcej. Moja firma była mała. Mieściła się w jednym pokoju.
Marzeniem każdego wydawcy było wydawać duże nazwiska, jak na przykład Katarzynę Grocholę. Przeczytałem gdzieś, że za książkę dostaję złotówkę. Zadzwoniłem, powiedziałem, że dam
jej więcej.
Jak się pan przedstawił?
Janusz Iwanowski Pineiro.
Nie odłożyła słuchawki?
Nie. To pomogło. Chciała mnie poznać. Namawiałem ją wielokrotnie do tego, by zaczęła z nami współpracować. Odmawiała, bo miała umowy z
innymi wydawcami. Zgodziła się dopiero po nieudanych doświadczeniach z producentem Tadeuszem Lampką przy pierwszym filmie „Nigdy w życiu”.
Nie czuł pan żadnego dyskomfortu, że TVP przeprasza za pana wypowiedź, a jednocześnie robi pan interesy z tą telewizją?
Ja w ogóle nie myślałem, że z TVP będę
robił interesy. Jeśli Jan Dworak jako prezes telewizji przepraszał, to jego sprawa. Mam zamknąć firmę? To, co się wydarzyło kilkanaście lat temu, to była manipulacja, oszustwo i prowokacja
służb wojskowych. Mam przestać oddychać, pójść okraść bank? Jestem kozłem ofiarnym agentów wojskowych.
Kozłem ofiarnym? Przecież robił pan interesy z Jerzym Klembą, z byłym pracownikiem wywiadu wojskowego oskarżonym kilkakrotnie o wyłudzanie pieniędzy.
Pan jest młodym
człowiekiem. Klemba nie krył, że jest pracownikiem służb wojskowych, ale ja miałem prawo robić interesy z kim chciałem. Miałem 26 lat. To był początek lat 90. Tu skończył się komunizm,
nikt nie miał dostępu do informacji. Teraz mam inny pogląd na tamtą sytuację.
Prowadzi pan rozmowy z reżyserami i aktorami przy produkcjach filmu?
Tak.
Jak pana odbierają?
Ludzie mnie znają od lat. Ja nie jestem nowym człowiekiem w tym środowisku. Moim ojczymem jest Krzysztof Kowalewski (znany aktor – przyp.
red.), więc naturalne jest, że aktorzy czy reżyserzy kojarzą, kim jestem.
Dlaczego TVP nie chce brać udziału w produkcji „Rysia”?
Nie wiem, ale od jakiegoś czasu gdziekolwiek pójdę, to mam problemy. Mówi się, że FOZZ
finansuje ten film. A to oczywista nieprawda. Czy powinienem przeprosić, że żyję? Robię projekty, które by nigdy nie powstały. Udało mi się przekonać Grocholę czy Stanisława Tyma, który
przez 15 lat nie chciał się zgodzić na drugą część „Misia”.
Jak pan przekonał Tyma do filmu?
Dałem mu dużą swobodę w przygotowaniu scenariusza i zapewniłem spokojną realizację. Poza tym ja dotrzymuję słowa i Stanisław
powiedział mi, że nikomu innemu by nie zaufał.
Kowalewski pomógł?
No w jakimś stopniu pomógł. Stanisław wielokrotnie przychodził do naszego domu, więc ma zaufanie do Krzysztofa. Ale Krzysztof nie namawiał go do
wzięcia udziału w tym projekcie.
Powtórzyłby pan teraz to samo co w „Dramacie w trzech aktach”, że PC było finansowane z pieniędzy FOZZ?
Nie wypowiadam się na ten temat. Podjąłem
decyzję, że więcej się do polityki nie mieszam.
*Janusz Heathcliff Iwanowski Pineiro, prezes Wydawnictwa Jawa, koproducent „Ja wam pokażę” i producent „Rysia”