Cztery wyleciały dziś z bazy w Stanach Zjednoczonych. I dwa z nich miały dotknąć pasa startowego w poznańskich Krzesinach. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Bo nad Islandią w
jednej z maszyn wysiadł system tankowania.
"To znaczy, że te samoloty są po prostu niedopracowane, nie do końca przebadane. To awarie, które przy takich lotach nie powinny się powtarzać" - mówi Tomasz Hypki, wydawca
magazynu "Skrzydlata Polska". I podkreśla, że Polska powinna przejąć F-16 dopiero, kiedy będą naprawione.
A awarie wychodzą w najbardziej niespodziewanych momentach. To, co przytrafiło się jednemu z myśliwców nad Islandią, mogło być tylko drobną usterką. Ale kiedy samolot leci przez Atlantyk i nagle coś na pokładzie wysiada, to zawsze jest to niebezpieczne dla pilotów. I trzeba lądować. Pół biedy, jak jest gdzie - tak jak było tym razem. Ale jak do najbliższego lotniska są tysiące kilometrów, to niewinna awaria może się zamienić w dramat.
Dlatego trzeba postawić Amerykanom twarde warunki - radzi ekspert. Po prostu mają porządnie sprawdzić wszystkie F-16, zanim wyślą je do Polski. "Ale to już zależy od fachowców, którzy będą negocjować" - dodaje Hypki.
Amerykanom nie chciało się sprawdzić wysyłanych do Polski samolotów. "Bo jeżeli w ciągu dwóch dni powtarza się drugi raz ta sama awaria, to wiadomo, że testy nie były dokładne" - tłumaczy Hypki. "Cała afera to wina tylko i wyłącznie Amerykanów" - dodaje ostro.