Wczoraj DZIENNIK ujawnił, że w ampułkach corhydronu dla alergików znalazł się lek zwiotczający mięśnie. Informacja ta wywołała wstrząs w całej Polsce. Autorytety medyczne potwierdziły, że specyfik może być groźny dla życia pacjentów.
Ciągle jednak nie ma odpowiedzi na najważniejsze pytanie, które zadaliśmy już wczoraj: dlaczego nikt nie poinformował opinii publicznej o śmiertelnym niebezpieczeństwie? Wiedziały apteki, hurtownie, szpitale. Zapomniano o pacjentach.
"To nieprawdopodobny skandal, żebym ja, jako minister zdrowia, dowiadywał się takiej rzeczy z gazety" - oburzał się wczoraj minister Zbigniew Religa i zapowiedział, że „polecą głowy”. Pierwszy do dymisji podał się Zbigniew Niewójt, główny inspektor farmaceutyczny, który jeszcze we wtorek mówił dziennikarzom DZIENNIKA, że nikt na świecie nie wymyślił, jak dotrzeć do każdego pacjenta. Według informacji DZIENNIKA dymisja zostanie przyjęta.
Kierownictwo resortu zdrowia zwołało wczoraj w trybie alarmowym konferencję prasową. Przejęci urzędnicy apelowali do dziennikarzy, by powiadomili ludzi o niebezpieczeństwie.
"Zapukajmy do sąsiadów, zapytajmy, czy mają już informacje o corhydronie" - prosił Jarosław Pinkas, wiceszef resortu zdrowia. A wiceminister Anna Gręziak, która jest anestezjologiem, instruowała, jak wyprowadzać z zapaści pacjentów, którzy zażyli feralny lek: "Pierwszym objawem są drgawki, problemy z oddychaniem. W tej sytuacji trzeba zastosować sztuczne oddychanie usta-usta".