Pan Lech od wielu lat chorował na astmę. Doskonale wiedział, jak radzić sobie z kolejnymi atakami tej choroby. Po kilku latach spokoju tej jesieni znowu zaczęły się duszności. Kilka razy ataki były bardzo silne.
"Mąż zawsze siadał wtedy w kuchni, podciągał rękaw, żeby łatwiej było mu zrobić zastrzyk i dzwonił na pogotowie. Lekarze przyjeżdżali, podawali lek i od razu następowała poprawa" - wspomina żona pana Lecha, Barbara Sadkowska.
Ale 12 października wszystko było inaczej. Wczesnym wieczorem pan Lech był w domu sam. Złapały go duszności, rozpoczął się atak astmy. Mężczyzna zadzwonił po pogotowie, zawiadomił też sąsiadkę. Czuł się bardzo źle, ale wiedział, że zastrzyk zrobiony przez lekarzy z pogotowia przyniesie mu ulgę.
"Tak się nie stało. Kiedy mąż otrzymał zastrzyk z corhydronu, natychmiast stracił przytomność i upadł na podłogę. Kiedy wpadłam do domu, lekarze jeszcze go reanimowali. Po chwili mój kochany Lech już nie żył" – szlocha wstrząśnięta kobieta.
Dodaje, że nie miała pojęcia, że przyczyną śmierci męża może być lekarstwo, które mu podano. Na trop tej sprawy wpadli pracownicy gdańskiego pogotowia.
"Od wielu dni wertujemy wszystkie dokumenty z różnymi wątpliwymi przypadkami. Tu od razu stwierdziliśmy, że coś jest nie tak. Objawy po podaniu leku były zupełnie odmienne od tych, jakie być powinny. Zamiast poprawy stanu pacjenta, nastąpiło natychmiastowe zatrzymanie krążenia. Ratunek był właściwie niemożliwy" - mówi nam Jerzy Karpiński, dyrektor pogotowia ratunkowego w Gdańsku. Karpiński już zawiadomił o śmierci Lecha Sadkowskiego prokuraturę w Gdańsku. Przekazał śledczym wszystkie dokumenty.
"Trzeba poczekać na ostateczne rozstrzygnięcia, ale objawy, które wystąpiły u tego pacjenta, są takie, jakby podano mu sukcynylocholinę" - dodaje Karpiński. A sukcynylocholina to substancja, którą fabryka Jelfa omyłkowo spakowała do pudełek z napisem corhydron!
Rodzina Lecha Sadkowskiego czeka na wyjaśnienie sprawy. "Chcemy wiedzieć, dlaczego umarł mój mąż. Należy nam się prawda!" - mówi twardo Barbara Sadkowska.