To wielki sukces trzebnickich lekarzy. Przyszyli cztery palce Kacperkowi, które przez przypadek odrąbał mu brat. Najtrudniejszym zadaniem dla chirurgów, było połączenie naczyń krwionośnych ośmiokrotnie cieńczych niż najcieńszy wkład do długopisu - pisze DZIENNIK.
Piątkowego popołudnia Kacperk bardzo chciał pomóc mamie. Widząc, jak bardzo jest zajęta, postanowił nie czekać, aż pozwoli mu narąbać drewna na opał.
Pięciolatek wziął za rączkę starszego o dwa lata brata Kamila i poszli do drewutni.
Kamil jest silniejszy, więc chwycił siekierę, a Kacperek złapał w swe drobne dłonie spore polano i położył je na pieńku. Musiał je mocno trzymać, by nie spadło na ziemię. Wtedy wydarzył się dramat. "Usłyszałam przeraźliwy krzyk chłopców, serce we mnie zamarło. Kiedy wybiegłam na podwórko, zobaczyłam przerażonego Kacperka, jak biegł do mnie bladziutki i rozdygotany z zaciśniętą rączką, a jego paluszki trzymały się tylko na kawałku skóry" - wspomina roztrzęsiona Barbara Przybył, mama chłopców. Natychmiast wezwała pogotowie.
Karetka z Kacperkiem popędziła na sygnale z Grochowej Trzeciej (woj. pomorskie) do Gdańska, a tamtejsi lekarze od razu zorganizowali transport do szpitala w Trzebnicy (woj. dolnośląskie). W Szpitalu św. Jadwigi na oddziale chirurgii i replantacji kończyn lekarze dokonują prawdziwych cudów, przyszywając pacjentom odcięte kończyny. Tylko oni mogli ocalić malca przed kalectwem.
"Dzięki Bogu, udało nam się szybko przeprowadzić operację. Teraz musimy poczekać jeszcze jakieś siedem dni. Wtedy dopiero będzie wiadomo, czy przeszczep się przyjął. Jestem jednak dobrej myśli" - mówi DZIENNIKOWI doktor Leszek Kaczmarzyk, który operował chłopca.
Kamil jest silniejszy, więc chwycił siekierę, a Kacperek złapał w swe drobne dłonie spore polano i położył je na pieńku. Musiał je mocno trzymać, by nie spadło na ziemię. Wtedy wydarzył się dramat. "Usłyszałam przeraźliwy krzyk chłopców, serce we mnie zamarło. Kiedy wybiegłam na podwórko, zobaczyłam przerażonego Kacperka, jak biegł do mnie bladziutki i rozdygotany z zaciśniętą rączką, a jego paluszki trzymały się tylko na kawałku skóry" - wspomina roztrzęsiona Barbara Przybył, mama chłopców. Natychmiast wezwała pogotowie.
Karetka z Kacperkiem popędziła na sygnale z Grochowej Trzeciej (woj. pomorskie) do Gdańska, a tamtejsi lekarze od razu zorganizowali transport do szpitala w Trzebnicy (woj. dolnośląskie). W Szpitalu św. Jadwigi na oddziale chirurgii i replantacji kończyn lekarze dokonują prawdziwych cudów, przyszywając pacjentom odcięte kończyny. Tylko oni mogli ocalić malca przed kalectwem.
"Dzięki Bogu, udało nam się szybko przeprowadzić operację. Teraz musimy poczekać jeszcze jakieś siedem dni. Wtedy dopiero będzie wiadomo, czy przeszczep się przyjął. Jestem jednak dobrej myśli" - mówi DZIENNIKOWI doktor Leszek Kaczmarzyk, który operował chłopca.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|