Jeszcze kilka lat temu w remizie w Zakrzewku (woj. kujawsko-pomorskie) kwitło życie. Gdy wybuchał pożar, w wozie strażackim brakowało miejsca - tylu ludzi z Ochotniczej Straży Pożarnej jechało do akcji. Razem ćwiczyli godzinami i byli nie do pokonania w konkursach wojewódzkich! Dziś nie ma po nich śladu. Prawie wszyscy ratownicy wyjechali na Zachód. Został tylko Józef Obara. Jego syn Jacek też niedługo wyjeżdża - pisze "Fakt".

"Już nie mamy straży pożarnej. Przepisy mówią, że musi być co najmniej 15 ochotników. U nas zostało tylko kilku. Nie ma kogoś, kto pociągnąłby za sobą młodych" - wzdycha Urszula Minster, dyrektor szkoły i zarazem sołtys wsi Zakrzewek. Boi się, że nagle wybuchnie pożar i nikt nie pospieszy na ratunek. Bo strażacy z odległego o kilkanaście kilometrów Więcborka mogą nie zdążyć.

Przez lata zakrzewską OSP prowadził Józef Obara. W jego ślady poszedł syn - Jacek. Był dowódcą sekcji. Wraz z kolegami wygrywał prawie na każdych zawodach. To właśnie Obarowie na razie trzymają klucze od remizy. Co jakiś czas odpalą strażackiego żuka, żeby pochodził. Przewietrzą mundury, aby nie zawilgotniały. Przejrzą motopompę i sprzęt.

Remiza musi poczekać na lepsze czasy. Na to, aż ludzie dorobią się trochę na Zachodzie i wrócą do kraju. Ale na razie do wyjazdu szykują się kolejni. " Muszę z czegoś żyć, a tu nie ma pracy" - wzdycha Jacek. "Szykuję się już do wyjazdu do Francji".