20 października zeszłego roku Warszawa zamarła. Kilka redakcji dostało wiadomość, że w 14 miejscach stolicy - na przystankach, w tramwajach i śmietnikach - ktoś podłożył bomby. Dziennikarze od razu poinformowali policjantów. I rzeczywiście. We wskazanych miejscach ktoś ukrył dziwne zawiniątka. Policja błyskawicznie odcięła centrum Warszawy od świata na kilka godzin.
Okazało się jednak, że panika była niepotrzebna. Bo po akcji saperów wyszło na jaw, że to tylko atrapy bomb. Kilku wariatów po prostu postanowio zrobić sobie żarty ze stołecznych władz. Policja jednak nie wyczuła żartu i rozpoczęła poszukiwania. Niestety - jedyne, co mieli policjanci, to portret pamięciowy jednego ze sprawców.
Potrzeba było aż roku, by złapać bandytę odpowiedzialnego za paraliż metropolii. Wczoraj jednak stało się: policja - po nitce do kłębka - dotarła do podejrzanego i wsadziła go do aresztu. Dostał już zarzut usiłowania sprowadzenia niebezpieczeństwa, mogącego spowodować m.in. panikę i ewakuację. Policjanci zatrzymali mu już paszport i zakazali wyjazdów z Polski.