Piętrowy zadbany domek w Więcbarku, małym miasteczku pod Bydgoszczą. Na oknach zaciągnięte zasłony, a w fotelu w ciemnym pokoju płacze kobieta. Ewa K., jeszcze do niedawna dumna i szczęśliwa matka dwóch dorosłych córek, dziś jest pogrążona w rozpaczy. Nie może uwierzyć, że jej ukochana córeczka - Monika K. - wyrzuciła z 10. piętra bloku w Hamburgu własne nowo narodzone dziecko! I próbowała całą winę zrzucić na swojego kochanka - Macedończyka Hismeta Karimaniego - pisze "Fakt".
"Boże, przecież to była taka spokojna i pobożna dziewczyna!" - mówi przez łzy jej matka. "Gdy przyjeżdżała z Hamburga, to zawsze o nas pamiętała. Zawsze nam chociaż jakiś drobiazg przywiozła. A w każdą niedzielę przed godz. 9 wychodziliśmy razem z domu do kościoła. Modliła się najdłużej. I najżarliwiej..." - dodaje.
Mama zawsze mogła liczyć na spokojną, zrównoważoną, odpowiedzialną Monikę. To właśnie jej córka gotowała obiady i przynosiła je do łóżka, kiedy Ewa K. ciężko zachorowała. To Monika chciała mieszkać na stałe w rodzinnym domu, aby być zawsze z rodzicami.
Monika miała marzenia, jak każda dziewczyna. Dobry, kochający mąż, spokojne życie, dzieci. W Polsce odrzuciła zaloty Pawła. Był przystojny, ale ciągle chodził z papierosem w ustach. Matka patrzyła na ten związek niechętnym okiem.
Wioletta wyjechała jako pierwsza szukać szczęścia w Niemczech. Rok później - w 2003 r. - ściągnęła Monikę do Hamburga. Tam załatwiła jej pracę jako opiekunka do dzieci. "Dałam Monice na drogę różaniec i święty krzyż. W naszym domu wiara zawsze była na najważniejszym miejscu" - opowiada "Faktowi" matka Moniki. "I dwa lata temu poznała tego Macedończyka, już ten Paweł byłby o niebo lepszy..."
Pani Ewa nie chciała takiego zięcia. Próbowała wybić go córce z głowy. Mówiła, że jako Polka i katoliczka powinna poszukać sobie rodaka. A nie takiego z zagranicy, ciemnego na twarzy i na dodatek innej wiary! Ale Monika patrzyła w niego jak w obraz.
Pani Ewa nie wiedziała o ciąży swojej córki. Rozmawiała z nią telefonicznie trzy dni przed tragedią. Pytała ją, jak się miewa. Monika powtarzała: wszystko gra, wszystko w porządku. Nie wspomniała o ciąży nawet swojej siostrze bliźniaczce.
Nie wie, dlaczego córka wyrzuciła swoje własne dziecko z 10. piętra. Musiała wpaść w naprawdę poważne tarapaty. To musi mieć jakiś związek z ojcem dziecka - hazardzistą. Dlaczego kochana, cicha Monia odsunęła się od wiary, złamała jedno z najważniejszych przykazań?
"Boże, jaka ona musi być teraz samotna w tym więzieniu. Moniko, jadę do ciebie tak szybko, jak to tylko będzie możliwe! Nie opuszczę cię nigdy, zawsze możesz na mnie liczyć" - zapewnia matka w rozmowie z "Faktem".
Ewa K., matka aresztowanej w Hamburgu Moniki, która wyrzuciła z wieżowca własną córeczkę, jest w rozpaczy. Szuka pocieszenia w modlitwie i wspomnieniach. Ale wciąż widzi swoją ukochaną córeczkę i pyta: Dlaczego, Moniko, zabiłaś moją wnuczkę?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama