W gimnazjum w Branicach wszyscy odetchnęli z ulgą. W końcu policjanci zamknęli w schronisku dla nieletnich największych szkolnych bandytów - Andrzeja O. i Marka K. Ta dwójka od dawna
spędzała sen z powiek nauczycielom, rodzicom i rówieśnikom - pisze "Fakt". Choć są dopiero uczniami pierwszej klasy gimnazjum, to mają w policyjnych kartotekach konto
bogatsze niż nie jeden dorosły bandyta.
Od wielu miesięcy nikt nie mógł sobie z nimi poradzić - ani nauczyciele, ani rodzice. Chuligani na lekcjach klęli, ganiali po klasie, śmiali się z byle czego. Rzucali czym popadnie: papierami,
ogryzkami, długopisami. Kreda nie służyła im do pisania na tablicy, tylko do tego, by ją kruszyć i rzucać nią.
Sąd rodzinny od dawna zajmował się Markiem K. Andrzej O. też miał już kontakt z policją. Często wagarował. Znikał na całe dnie, policja musiała go przyprowadzać do domu z... meliny!
Trzymali się razem, bo świetnie się rozumieli. Jedno spojrzenie wystarczyło, a już każdy z nich wiedział, co robić i komu zatruć życie. Postanowili zadręczyć na śmierć nauczyciela
języka angielskiego - Henryka S (na zdjęciu po lewej).
Gdy tylko mężczyzna przyszedł na lekcję, chuligani pokazali na co ich stać. Wstali z krzeseł i zaczęli się drzeć wniebogłosy. Wyzywali belfra od głupków i debili. Zaczęli rzucać w niego
ołówkami, papierami i kredą. Potem zrobili swój popisowy numer - wbiegli na ławkę i obrzucili go białym kredowym pyłem. Nikt z klasy nie reagował! Inni uczniowie milczeli zastraszeni przez
modych bandytów.
Koszmar nauczyciela, który nie potrafił zapanować nad agresorami, przerwała szkolna pedagog, którą do klasy ściągnęły wrzaski. Wezwała policję. Młodocianych bandytów zawieziono do
Opola. Sąd zdecydował, że na dwa miesiące zostaną zamknięci w schronisku dla nieletnich.
"Boże, co on znowu nawywijał! Jezu, on nie jest aniołem, ale nie wiem, co mu teraz do głowy strzeliło" - zaamuje ręce Barbara Kluska, samotna matka, wychowująca Marka.
"To straszne. Gdy on wyjdzie z tego schroniska, to już całkiem zejdzie na psy".