W chwili, gdy rozpędzony autokar z polskimi pielgrzymami staczał się z 40-metrowej przepaści we francuskich Alpach, Paweł miał ogromne szczęście. Zanim autobus runął na ziemię i zaczął płonąć, chłopak wypadł z niego przez jedną ze stłuczonych szyb. Upadł na krzaki, które zamortyzowały jego upadek. Nie stracił przytomności. Wstał o własnych siłach i od razu pobiegł pomóc swej siostrze Ewie i mamie Anecie. Zanim jednak zdążył podejść do autokaru, z wozu buchnęły płomienie. Upadł. Kątem oka zobaczył jeszcze tatę Wacława, który zdołał wydostać się z autobusu przed jego całkowitym spaleniem. Paweł nie wiedział wtedy, że na rękach ojca umarła wcześniej jego siostra, a w autokarze spłonęła mama - relacjonuje "Fakt".

To, co działo się potem, pamięta jak przez mgłę: krzyki ludzi, szloch, ryk karetek pogotowia i nawoływania ratowników. Paweł trafił na oddział Szpitala Południowego w Grenoble. Jeszcze w drodze poprosił jednego z sanitariuszy o telefon komórkowy. To z niego zadzwonił do swego dziadka Władzia i krzyknął: "Żyję dziaduniu!" Dodał jeszcze, że widział też żywego tatusia.

Dziś chłopak, leżąc w szpitalnym łóżku, cały czas modli się o życie i zdrowie dla swojego taty. Ten leży kilka sal szpitalnych od niego.

Ci, którzy znają rodzinę Pollaków, wciąż zadają pytanie: "Boże, dlaczego to właśnie ich spotkała ta tragedia?"

Pollakowie mieszkają w wieżowcu na 6. piętrze w Świnoujściu. Ich sąsiedzi nie mogą uwierzyć, że już nigdy nie zobaczą zawsze uśmiechniętej Anety i jej córeczki Ewy.

Aneta pracowała w szkole. Uczyła języka polskiego. Wesoła, pogodna, lubiana przez uczniów. Jej mąż Wacław zarabiał na życie w stoczni. Pawełek rozpoczyna we wrześniu naukę w gimnazjum, a Ewa uczyła się jeszcze w podstawówce. "Bardzo grzeczna, ale też przebojowa dziewczynka. Uwielbiała sport, a szczególnie pływanie. Wszędzie było jej pełno. Kopia swojej mamy" - opowiada "Faktowi" jej nauczycielka ze szkoły, Lidia Ziontkowska. "Pawełek zaś spokojny i cichy - po tacie. Bardzo zdolny chłopak, szczególnie z matematyki. Zawsze był wzorowym uczniem, a edukację w podstawówce zakończył ze specjalnym wyróżnieniem prezydenta miasta" - dodaje.

"Tak kochającą się rodzinę trudno znaleźć. Dawali prawdziwy przykład innym" - mówią jednym głosem sąsiedzi. "Wacław był dla dzieci prawdziwym autorytetem, a Aneta kochającą i wyrozumiałą, ale wymagającą mamą" - opowiada "Faktowi" Danuta Klim, znajoma rodziny.

Reklama

Wyjazd na pielgrzymkę miał być dla Pollaków dowodem wdzięczności Bogu za to, co od niego dostali: kochającą rodzinę, wzajemny szacunek, zdrowie. Miał być też nagrodą dla dzieci: Pawła i Ewy za wspaniałe wyniki w nauce. Dać im siłę i Boże błogosławieństwo na cały przyszły rok.

"To niesprawiedliwe, że Pan Bóg rozbija taką rodzinę" - mówi Danuta Kim.

Do francuskiego szpitala w Grenoble przyjechał już dziadek Pawełka, Władysław Korzeniak. To do niego zadzwonił chłopak zaraz po tragedii.

"Gdy tylko dowiedziałem się o wypadku, dotarła do mnie przerażająca myśl, że straciłem całą rodzinę" - opowiada już we Francji. "Ugięły się pode mną nogi, zawalił się cały świat, dotarło do mnie, że jestem już sam na świecie... Żona zmarła wiele lat temu... Miałem nawet myśli samobójcze, ale znalazłem się tutaj, bo po pewnym czasie dowiedziałem się, że żyje wnuczek! Wróciła iskierka nadziei..." - opowiada "Faktowi". Dopiero na miejscu pan Władysław dowiedział się, że żyje także jego zięć Wacław.

"Tylko żeby zięć przeżył..." - modli się pan Władysław. "Obaj muszą ułożyć sobie życie bez matki, no i bez tak radosnej małej Ewuni. Boże..." - szlocha trzymając za rękę swego wnuczka. Po chwili razem zaczynają modlić się o życie taty Wacława...

"Boże, nie pozwól mi być sierotą" - powtarza chłopak, gdy powoli zaczyna do niego docierać, że nigdy już nie zobaczy mamusi i siostry - pisze "Fakt".