Zastanawiając się dziś nad zjednoczoną Europą, nie kryje pesymizmu. Dotyczy on zwłaszcza jego rodzinnej Europy Środkowo-Wschodniej. Ta część kontynentu odzyskała wolność, ale nie zwróciła się ku przyszłości. Zaczęła za to ożywiać demony przeszłości. Tragicznym tego skutkiem były choćby zbrodnie w byłej Jugosławii. Dawne rany i kompleksy wciąż są dla postkomunistycznych społeczeństw najważniejsze.

Tekst jest skrótem przemówienia wygłoszonego w berlińskiej Akademii Sztuk.

p

Imre Kertész*

Stulecie Auschwitz jeszcze się nie skończyło

Po strasznych doświadczeniach minionego stulecia mogliśmy wreszcie być świadkami nieoczekiwanego i radosnego zwrotu: mam tu na myśli bezkrwawe załamanie się imperium radzieckiego - to wstrząsające, trudne do zrozumienia wydarzenie, którego wyjątkowy przebieg podobny był do wielkich naturalnych kataklizmów, na które patrzymy z przerażeniem lub zachwytem, ale na które nie mamy wpływu. A kiedy w końcu ten kolos na glinianych nogach zawalił się, rozbłysły ognie zapalone na znak radości, a w całej Europie rozpoczął się niczym niezmącony festyn. Dopiero kiedy opadła pierwsza euforia, zaczęto myśleć także o schedzie, o tym straszliwym spadku umarłego giganta, i wówczas atmosferę przygnębienia zaczęła rozwiewać idea Europy.

Mówiąc dokładniej: projekt europejskiej unii walutowej i celnej. Właściwe nie było mowy o idei. Cieszyliśmy się raczej z tego, że zakończyła się zgubna epoka idei. Wydawało się, że wraz ze zniknięciem ostatniego totalitarnego imperium likwidacji uległa również ostatnia totalitarna ideologia, a socjalizm państwowy, skompromitowany jako błędne założenie, nie znajdzie już dla siebie miejsca w Europie. Tym bardziej miejsce takie powinno się znaleźć dla unii walutowej i celnej - tej ostrożnej, ale dalekosiężnej i sensownej idei. Od niepamiętnych czasów Europa oparta była na racjonalistycznej tradycji. I mimo że stworzyła nieracjonalne formy państwowości oraz absurdalne mocarstwa, później zawsze były one żarliwie potępiane. Dlaczego więc właśnie teraz miałoby się wyposażać (nawiasem mówiąc, absolutnie niezbędny) system instytucji, jakim jest Unia Europejska, w ideę? Dlaczego należałoby go idealizować czy wręcz ideologizować? Pragmatyzm panujący w salach obrad, z których dobiegały jedynie strzępki wypowiedzi z debat o finansach i walenie w stół stron walczących o własne interesy, okazał się jednak językiem, którego wielu nie rozumiało, a być może nikt nie rozumiał w krajach wschodnioeuropejskich, które właśnie odzyskały niepodległość. Kraje te pozostawione zostały samym sobie, a w konsekwencji - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - po czasach marnego bezpieczeństwa pod obcą okupacją dominować zaczęły w nich strach i bezradność. Daremne było nic nieznaczące poklepywanie po ramieniu, daremne były gołosłowne frazy typu: "Teraz zrasta się to, co do siebie przynależy". Te rany nie zagoiły się do dnia dzisiejszego. Zamiast dynamiki odnowy pojawiła się raczej ideologiczna próżnia.

Reklama

Niełatwo jest pamiętać

To był ważny moment, jako że wówczas - moim zdaniem - rozstrzygnął się los Europy, los nas wszystkich, którzy dziś stajemy w obliczu nieoczekiwanego rozpadu dawnych porozumień, radykalizacji, strachu przed terrorem i bezsilnością wobec niego. Jugosłowiańskie ludobójstwo pokazało wyraźnie, że Europa zwleka z przyjęciem tej przygnębiającej schedy, jaką pozostawił jej radziecki kolos. Przez kilka lat po prostu nie chciano przyjąć do wiadomości, że na granicach Europy Południowo-Wschodniej otwarły się otchłanie apokalipsy, które dzisiaj, 15 lat później, grożą wchłonięciem całego świata. Być może to mocne słowa, ale nie odczuwam żadnej potrzeby, by za nie przepraszać. Jestem przekonany, że nadeszła godzina prawdy, w której zamiast populistycznych fraz, prawniczej pychy i politycznej manipulacji nastrojami niezbędna jest prawdziwa analiza faktów. Obecnie dużo mówi się o "starej Europie", o jej tradycjach, o kulturze europejskiej. Nie może być żadnych wątpliwości, że kryzys, a nawet rozłam, którego jesteśmy teraz świadkami w całej Europie, jest przede wszystkim natury kulturowej. Obecnie - podobnie jak w 1919 czy 1938 roku - Europa staje w obliczu zasadniczych pytań i podchodzi do nich w sposób równie niezdecydowany jak wtedy. Jak to jest możliwe ponad pół wieku po II wojnie światowej? Podczas tego półwiecza nie słyszeliśmy wszak o niczym innym jak tylko o konieczności pamiętania, o okrucieństwie wojny, o naukach wynikających z Holokaustu i Gułagu, jakie należy mieć nieustannie przed oczyma, aby ta - jak to określano - potworność nie mogła się już więcej powtórzyć.

Z całą pewnością nie jest łatwo pamiętać. Jakiś czas temu byłem na wystawie poświęconej zbrodniom niemieckiego Wehrmachtu i przyłapałem sam siebie na tym, że jako obcokrajowiec usiłowałem uprzejmie, z zastygłą miną zachować zdystansowaną postawę, aby ten przerażający materiał na wystawie po prostu mnie nie powalił. Czyżbym zapomniał, że sam byłem ofiarą tej grozy, ofiarą, która przeżyła? Czyżbym już zapomniał świeży zapach brzasku, kiedy zagrzmiały salwy karabinowe? Niedzielny wieczór w obozie, kiedy wartownicy w krematorium wspominali ciągle świąteczne ciasto? Nie, nie zapomniałem, ale po ubraniu tego w słowa wszystko to wypaliło się i spoczywało gdzieś w moim wnętrzu.

Niechętnie pozbywam się tego spokoju, nawet kiedy jest to konieczne: bo przecież hańba, o jakiej mówiły te zdjęcia i dokumenty, dotyczy nas wszystkich. Nieważne, czy byliśmy tam, gdzie ludzie musieli kopać swój własny grób, aby potem zostać nad nim zastrzelonym przez swoich współbliźnich, czy też w spadku otrzymaliśmy te przerażające fakty, od których już nigdy więcej nie będziemy mogli się uwolnić.

Cechą charakterystyczną XX wieku było to, że polityka i kultura stały się nie tylko przeciwieństwami, ale wręcz wrogami. W tym strasznym stuleciu utraty wszelkich wartości wszystko, co posiadało kiedykolwiek jakąś wartość, stało się ideologią. Nigdy przedtem nie był tak oczywisty fakt istnienia co najmniej dwóch Europ, w których wspólna historia, wspólne europejskie doświadczenie mają swoje odmienne odbicie. Wedle powszechnego mniemania demokracja to porządek polityczny, jeżeli jednak zastanowić się głębiej, to demokracja jest właściwie bardziej kulturą niż zwykłym systemem - słowa "kultura" używam tutaj niejako w ogrodniczym sensie. W Europie Zachodniej demokracje dorastały w sposób organiczny, na glebie kultury społecznej, z pomocą zwycięskich rewolucji albo też wielkich społecznych kompromisów.

Natomiast w Europie Środkowej i Wschodniej powołano najpierw do życia porządek polityczny, do którego społeczeństwo miało się stopniowo - w mozolnej, miejscami bolesnej pracy - dopasować. Ale czy podobnie nie było w tak zwanym socjalizmie? W niektórych rejonach zbudowano go bezpośrednio na systemie feudalnym, a groteskowe w tym wszystkim jest to, że ideologia podniesiona do rangi religii państwowej stała w całkowitej sprzeczności z praktyką. Tę brutalną sprzeczność można było przezwyciężyć tylko środkami terroru, czego skutki są odczuwalne do dzisiaj.

Powinniśmy sobie uświadomić, że prawdziwym novum XX wieku było państwo totalitarne oraz Auschwitz. Na przykład antysemityzm XIX wieku nie mógłby zapewne (albo i nie chciałby) wyobrazić sobie zagłady Żydów. Stąd też nie da się wyjaśnić Auschwitz z pomocą zwykłych, archaicznych, by nie powiedzieć: klasycznych pojęć antysemityzmu. Musimy przyznać, że nie ma tu żadnego organicznego związku. Nasza epoka nie jest epoką antysemityzmu, lecz epoką Auschwitz. Antysemita naszych czasów nie broni się już przed Żydami, lecz pragnie Auschwitz i Holocaustu. Eichmann zeznał na procesie w Jerozolimie, że nigdy nie był antysemitą. Być może w tym miejscu słuchacze wybuchną śmiechem, ale ja absolutnie nie wykluczam, że powiedział prawdę. Aby wymordować miliony Żydów, państwo totalitarne nie potrzebuje właściwie antysemitów, ale przede wszystkim dobrych organizatorów. Musimy uświadomić sobie jedno: niemożliwe jest istnienie partii i państwa totalitarnego bez dyskryminacji, a totalną formą dyskryminacji są z konieczności masowe mordy.

Nie jest łatwo żyć z brzemieniem naszych historycznych doświadczeń. Niełatwo stawiać czoła brutalnym faktom, które pokazują owo dno egzystencji, na jakie spadł człowiek w minionym stuleciu, które obrazują nie tylko szokujące dzieje jednego czy dwóch pokoleń, lecz ogólny potencjał człowieka, a to znaczy również - w określonej konstelacji - normy doświadczenia obejmujące nasz własny potencjał.

Lekcje goryczy

Człowiek był niegdyś stworzeniem Boga, tragiczną, potrzebującą zbawienia istotą. Tę samotną istotę ideologiczny totalitaryzm najpierw włączył do mas, a potem umieścił w murach zamkniętego porządku państwowego, by w końcu zdegradować ją do bezwolnego trybiku wielkiej maszynerii. Istota ta nie potrzebowała już zbawienia, jako że nie odpowiadała sama za siebie. Ideologia zrabowała jej kosmos, samotność i tragiczny wymiar ludzkiego losu. Wtłoczyła w określony rodzaj bytu, w którym pochodzenie, przynależność do określonej rasy albo klasy decydowały o jej losie. A wraz z ludzkim losem zrabowano jej także ludzką rzeczywistość, prawdziwe odczuwanie życia. Nie rozumiemy, jak mogło w państwie totalitarnym dojść do popełnienia zbrodni, a przecież wystarczyłoby sobie uświadomić w jakim zakresie ten nowy imperatyw kategoryczny, czyli totalitarna ideologia, zajął miejsce życia moralnego i ludzkiej wyobraźni.

Ta problematyczna sytuacja nie stała się łatwiejsza w wyniku - koniecznego i od dawna oczekiwanego - rozszerzenia Unii Europejskiej na wschód. Narody wschodnioeuropejskie uzyskały wolność właściwie bez większego wysiłku. Oczywiście było berlińskie powstanie z 1953 roku, rewolucja węgierska 1956 roku, Praska Wiosna 1968 roku i ruch polskiej "Solidarności" w 1980 roku. Wszystko to były jednak lekcje goryczy. Ważne historyczne wydarzenie rozpoznać można po tym, że posiada swoją kontynuację - wiemy to od francuskiego historyka Fernanda Braudela. Jednak żadne z wymienionych tu wydarzeń nie miało organicznej kontynuacji. Pojawiły się jedynie konsekwencje: represje, otrzeźwienie, przygnębiające zawsze uczucie bycia pozostawionym samemu sobie, pogodzenie z losem. W konsekwencji tamtejsze narody przestały wierzyć w możliwość poprawy własnego położenia. Wszyscy chcieli rozpadu imperium, ale nikt w to nie wierzył i nikt nic nie robił. A kiedy dokonało się to bez udziału tych narodów, zaczęły one rozglądać się dookoła wielkimi oczyma, nie rozumiejąc wiele, a nawet odczuwając rodzaj szoku.

I właśnie dlatego, że narody te nie wywalczyły same swojej wolności, a wyznawane przez nie wartości, które przedtem służyły głównie jako narodowe i jednostkowe strategie przetrwania, stały się bezużyteczne (o ile nie zaczęły być wręcz uważane za godną pogardy kolaborację), spora część społeczeństwa odebrała wolność w zasadzie jako klęskę. A kiedy poszukując wsparcia, narody te wyciągnęły ramiona w kierunku zachodnich demokracji, otrzymały jedynie krótki uścisk dłoni i mające dodać otuchy poklepywanie po plecach. Europa Zachodnia nie potrafiła się zdecydować, co czynić ze swoimi wschodnioeuropejskimi sąsiadami, a ci ostatni zaczęli odbierać to jako arogancję przyjmowaną z urazą charakterystyczną dla ubogiego krewnego. Odzyskanie wolności nie oznaczało uwolnienia ducha odnowy, a raczej odsłoniło niedobrą przeszłość i resentymenty, skłoniło do rozdrapywania prastarych narodowych ran. W niektórych rejonach przybrało to formę mordów i ludobójstwa, zwyrodniałego, nacjonalistycznego szału, gdzie indziej zaś formę tłumionego, chowanego pod maską demokracji nacjonalizmu.

Po przełomie 1989 - 1990 nawet najwięksi pesymiści byli zadziwieni nieoczekiwaną żywotnością pogrzebanych dawno idei, przezwyciężonych dawno starych sposobów zachowania i myślenia. Wyglądało na to, że podczas tej przeprowadzonej z wielkim wysiłkiem i dyscypliną bezgłośnej światowej eksplozji zapomniano o jednym ważnym elemencie, który teraz wyzwolony z łańcucha reakcji ze świstem kręci się wokół siebie jak granat z dawnej wojny, który nagle zaczyna się rozpalać. Któż mógł przypuszczać, że aksamitna rewolucja okaże się dla wschodnioeuropejskich narodów maszyną czasu, która uniesie je nie w przyszłość, lecz w przeszłość, gdzie mogą kontynuować swoje dziecinne zabawy przerwane w 1919 roku, pod koniec I wojny światowej. Jakby w międzyczasie nie wydarzyła się krwawa i traumatyczna historia Europy, w której właśnie te narody uczestniczyły bardzo aktywnie, z reguły jako ofiary - historia, z której nigdy się przed sobą nie rozliczyły, i o której wolały raczej zapomnieć.

Duch radykalny jest duchem wyzwalającym

Nie ma wątpliwości, że na początku XXI wieku jesteśmy, pod względem etycznym, zdani sami na siebie. Pojmowane w szerszym sensie dobro ludzkości znajduje się poza jej historyczną egzystencją, ale nie polega ono na unikaniu doświadczeń historycznych, a wręcz przeciwnie - na ich przeżywaniu, wykorzystywaniu i na tragicznej identyfikacji z nimi. W czasach zniechęcającej, odbierającej nam wszelką nadzieję wszechobecności totalitarnej historii jedynym godnym ratunkiem, jedynym dobrem pozostaje wiedza. Tylko w świetle tej wiedzy jesteśmy w stanie zadać sobie pytanie, czy z tego wszystkiego, co popełniliśmy i wycierpieliśmy, możemy wyzyskać jakieś wartości. Mówiąc brutalniej: czy możemy nadać własnemu życiu jakąś wartość, czy też zapomnimy o nim jak ktoś cierpiący na amnezję, albo odrzucimy je w samobójczym geście. Radykalny duch, który skandal, cierpienie i hańbę czyni masą spadkową ludzkiej wiedzy, jest jednocześnie duchem wyzwalającym. Nie prowadzi on akcji bezwzględnego demaskowania zarazy nihilizmu, by siłom tym oddać pole, lecz wręcz przeciwnie: prowadzi ją, ponieważ uważa, że przez to wzbogaci swoje własne siły witalne.

Pod koniec tego, co miałem do powiedzenia, moglibyście państwo zarzucić mi, że nie usłyszeliście ode mnie żadnej konkretnej propozycji. W rzeczy samej nie znam się na polityce, ekonomii czy administracji. Nie mam pojęcia, w jaki sposób rozwiązać kwestie uciekinierów, problemy socjalne, nie wiem, jak można pokonać terroryzm. Jedno jednak wiem na pewno: cywilizacja, która nie objawi wyraźnie swoich wartości lub porzuci swoje objawione wartości kroczy drogą rozpadu, starczej niemocy. Inni bardzo szybko zaczną rozgłaszać te wartości, a w ich ustach przestaną one być wartościami, staną się pretekstem do niczym nieograniczonej władzy i niczym nieograniczonego zniszczenia. Jak już powiedziałem: jesteśmy zdani na samych siebie, nie kierują nami ani niebiańskie, ani ziemskie drogowskazy; sami musimy tworzyć sobie wartości, dzień w dzień, poprzez nieustanny, choć niewidoczny wysiłek, za sprawą którego wartości takie wydobywane są na światło dzienne i stają się nową kulturą europejską. Kiedy myślę o przyszłej Europie, wyobrażam sobie Europę silną i pewną siebie - taką, która zawsze jest gotowa do negocjacji, ale bez oportunizmu. Nie zapominajmy, że Europa jako taka powstała w wyniku heroicznej decyzji - gdy Ateny zdecydowały się przeciwstawić Persom.

© 2007 Imre Kertész

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach "Süddeutsche Zeitung"

przeł. Viktor Grotowicz

p

*Imre Kertész, ur. 1929, pisarz węgierski, jeden z najwybitniejszych współczesnych prozaików, laureat literackiej Nagrody Nobla w 2002 roku. Jako chłopiec został w 1944 roku deportowany do Auschwitz. Cała jego rodzina zginęła w niemieckich obozach. Po wojnie pracował jako dziennikarz i tłumacz. Swoje wojenne przeżycia opisał w książce "Los utracony" (wyd. pol. 2003), która po 1989 roku zdobyła światowy rozgłos, stając się jednym z najważniejszych świadectw Zagłady. Jej dalszym ciągiem jest książka "Kadysz za nienarodzone dziecko" (wyd. pol. 2004). Oprócz tego Kertesz opublikował m.in. powieści "Fiasko" (wyd. pol. 2003), "Angielska flaga" (wyd. pol. 2004) oraz zbiór esejów "Język na wygnaniu" (wyd. pol. 2004). Oprócz Nobla otrzymał szereg innych prestiżowych nagród - m.in. Nagrodę Herdera (2000) oraz Medal Goethego (2004).