Inne miejscowości starają się nie pozostawać w tyle. Na potęgę podglądają w Gdańsku, Bydgoszczy i Lublinie – każde z tych miast posiada więcej niż tysiąc kamer. Przy czym samorządy bardzo chętnie montują je w szkołach; w Gdańsku jest to prawie połowa, bo 960 z 2066 kamer. W Bydgoszczy jeszcze więcej, bo aż 1350 z 1550 kamer. Oprócz tego instaluje się je masowo w obiektach sportowych i pojazdach komunikacji miejskiej. W stołecznej komunikacji miejskiej śledzi nas 4615 kamer.
Te liczby z pewnością nie oddają całkowitej skali inwigilacji. Do tego należałoby doliczyć monitoring w urzędach, firmach i na osiedlach mieszkaniowych. – W gruncie rzeczy możemy założyć, że są wszędzie. Trudno teraz znaleźć miejsca, które nie są monitorowane – mówi Małgorzata Szumańska, wiceprezes Fundacji Panoptykon.
Do zabawy w Wielkiego Brata zachęcają coraz niższe ceny urządzeń. Dzisiaj każdy może nabyć kamerę za niecałe 50 zł. Jednocześnie panuje ciche, społeczne przyzwolenie na zwiększanie zasięgu monitoringu. Według badań Panoptykonu 61 proc. Polaków uważa, że takie systemy należy rozwijać. Bogdan Wojciszke, psycholog społeczny z sopockiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, uważa, że jest to efekt m.in. tego, że postrzegamy takie urządzenia za nieinwazyjne, a co za tym idzie – nieszkodliwe. – – ocenia Wojciszke. Jak wynika z analizy opublikowanej przez magazyn „The Economist”, nie ma związku pomiędzy zwiększeniem liczby kamer a wzrostem bezpieczeństwa w miejscach publicznych.
Szumańska zauważa, że Polacy na temat monitoringu wiedzą zbyt mało w stosunku do skali zjawiska. Nikła jest świadomość zasad funkcjonowania takich systemów, a także tego, do czego one właściwie służą. – mówi Szumańska.