Temat ustawy o ochronie zwierząt wykorzystywanych w celach naukowych jest szeroko dyskutowany od kilku tygodni. Pozornie sprawa jest prosta - Polska musi tylko dostosować swoje prawo do unijnej dyrektywy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Rządowy projekt, nad którym pracują sejmowe komisje, zdecydowanie rozluźnia kontrolę nad eksperymentami na zwierzętach. Pozwala też na podcinanie ich strun głosowych, by nie wydawały dźwięków przy bolesnych testach. Umożliwia również wielokrotne wykorzystywanie zwierzęcia do bardzo inwazyjnych eksperymentów. Jak oceniają eksperci, daje zwierzętom zdecydowanie mniejszą ochronę niż ta, na którą mogą liczyć obecnie. To paradoks, bo dyrektywa miała poprawić ich stan.
Na nowe zapisy ustawy nie zgadzają się organizacje działające na rzecz praw zwierząt. 5 listopada miały zorganizować w tej sprawie protest przed Sejmem. Manifestacja została jednak odłożona w czasie - minister nauki i szkolnictwa wyższego ogłosiła bowiem dodatkowe konsultacje tego projektu.
Dziś w resorcie odbyło się nieformalne spotkanie ekspertów zainteresowanych tematem. -- mówiła minister Lena Kolarska-Bobińska, podkreślając, że celem jest . Przekonywała też, że w pracach nad projektem jest miejsce na kompromisy. Zapowiedziała, że będzie do nich namawiać posłów zajmujących się ustawą.
Zwierzę? Bez znieczulenia
Tomasz Pietrzykowski, wiceprzewodniczący Krajowej Komisji Etycznej do Spraw Doświadczeń na Zwierzętach, wytknął aż siedem poważnych problemów w ustawie:
– Została stworzona możliwość wyeliminowania organizacji pozarządowych ze składu komisji etycznych, które opiniują eksperymenty;
– Nie istnieje możliwość weryfikacji pozytywnych uchwał komisji etycznych;
– Rozluźnienie zasad ponownego użycia zwierząt do bardzo inwazyjnych eksperymentów;
– Choć unijna dyrektywa wprost zakazuje najbardziej dotkliwych eksperymentów, polska ustawa tego nie robi;
– Niedostateczne są przepisy dotyczące znieczulania;
– Ustawa nie przewiduje monitoringu uśmiercania zwierząt na cele naukowe;
– Projekt wprowadza podział dotychczasowego nadzoru na dwie odrębne części – inspekcję weterynaryjną i komisje etyczne. Nie będą musiały one ze sobą współpracować, mimo że będą miały bardzo ważne informacje dotyczące eksperymentów;
– Niedostateczna jawność dokumentacji.
Co na to Lena Kolarska-Bobińska? - - oceniła minister. Wśród nich wymieniła większą obecność organizacji pozarządowych w komisjach etycznych opiniujących eksperymenty czy ściślejsze regulacje dotyczące ponownego wykorzystania zwierzęcia do testów.
Rządowy projekt ustawy skrytykowała też prof. Ewa Łętowska, prawniczka. Jej zdaniem polskie zapisy zbyt mocno odbiegają od tych, które znajdują się w dyrektywie. - - alarmowała profesor.
Co zmienić w projekcie?
W czasie tej części spotkania, która odbywała się za zamkniętymi drzwiami, wszyscy zgodzili się, że przedstawiciele organizacji pozarządowych oraz działacze na rzecz praw zwierząt powinni być zaangażowani w prace komisji, wydających zgodę na przeprowadzanie doświadczeń z wykorzystaniem zwierząt. Zaproponowano, by w skład 12-osobowej komisji wchodziło trzech przedstawicieli tych organizacji.
Podkreślono też potrzebę wzmocnienia w projekcie zapisów wynikających z dyrektywy unijnej, które zakazują najbardziej inwazyjnych procedur, a także uniemożliwiają ponowne wykorzystanie zwierząt, które były już poddane dotkliwym eksperymentom.
Wszyscy uczestnicy dyskusji zgodzili się ponadto, że w prawie powinien być zapis zakazujący zabiegów, które uniemożliwiłyby zwierzętom okazywanie bólu. Powinny być one znieczulone i pod szczególną opieką. - - wyjaśnia minister.
W tej chwili ustawa jest w nadzwyczajnej podkomisji. Na 26 listopada przewidziano połączone posiedzenie komisji Edukacji, Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Posłowie mają przyjąć sprawozdanie podkomisji i podjąć dyskusję co do kształtu projektu. Podczas spotkania w MNiSW Lena Kolarska-Bobińska zobowiązała się, że będzie szukała poparcia dla zmian wśród posłów komisji.