Dziennik Gazeta Prawana logo

Mercedes E350e, BMW 530e i Lexus GS 450h. Żółtodzioby i stary wyjadacz

2 lutego 2018, 12:19
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Pamiętam, jak prawie 20 lat temu Toyota wprowadzała na rynek pierwszą na świecie seryjną hybrydę – priusa. Prezes koncernu z pełną powagą oświadczył wtedy publicznie, że przyszłość motoryzacji należy do tego typu samochodów. Śmiechom nie było końca. Wyglądem auto przypominało obuch młotka, jego wnętrze było równie urodziwe co plastikowa butelka, a osiągi zbliżone do śpiącego leniwca. Z priusa szydzili wszyscy: kierowcy, eksperci, inne koncerny. – Japończycy to idioci. To się nie ma prawa udać – powiedzieli głośno Niemcy i wrócili do udoskonalania diesli.

Przez lata świat skupiał się na dokładaniu do spalinowych aut turbosprężarek i koni mechanicznych przy jednoczesnym zmniejszaniu pojemności ich silników, podczas gdy Toyota z japońską konsekwencją, pomalutku podążała drogą wyznaczoną przez priusa. Wprowadzała nowe modele, udoskonalała technikę, zafundowała hybrydową terapię też lexusowi. Sprzedaż rosła w piorunującym tempie – po kilkadziesiąt procent rocznie. Do tego pod adresem diesli pojawiły się oskarżenia, że trują bardziej niż papierosowy dym, a normy emisji spalin i dwutlenku węgla w Europie stały się tak rygorystyczne, że w końcu Niemcy zaczęli się drapać po głowie i pytać samych siebie: „A może by tak spróbować zainwestować w te hybrydy?”. Hans z BMW i Juergen z Mercedesa wpadli do działów zajmujących się rozwojem i krzyknęli do swoich ludzi: „Macie to zrobić tak samo, tylko lepiej!”.

W ten sposób powstały BMW 530e i mercedes E 350e. Oba samochody mają dwulitrowe silniki benzynowe wspomagane motorami elektrycznymi, które można podładować z gniazdka. Oba są luksusowymi limuzynami. Oba mają też bagażniki, po pięć miejsc dla pasażerów, kierownice i cztery koła. Na tym jednak podobieństwa między nimi się kończą.

E 350e urzekło mnie komfortem wnętrza i podróżowania – w starym, dobrym mercedesowskim stylu. Jest tu miękko, obszernie i dostojnie – nawet szyby w drzwiach domykają się w tak podniosły sposób, że za każdym razem wpatrywałem się i wsłuchiwałem w ten proces co najmniej tak, jakbym po raz pierwszy spojrzał na sufit Kaplicy Sykstyńskiej. To samo dotyczy działania przycisków, sposobu regulacji fotela, drewnianych inkrustracji, oświetlenia kabiny (możecie wybrać sobie jeden z prawie 100 kolorów). Do tego dochodzi absolutna cisza we wnętrzu, szeroka maska przed waszymi oczami zakończona wystającą z grilla gwiazdą i niebywały komfort resorowania. Wygląda na to, że po latach robienia bardzo średnich aut i poszukiwania własnej tożsamości Mercedes w końcu ją odnalazł – po prostu wrócił do korzeni. Nie próbuje być kimś innym, ścigać się z Audi czy BMW. Jest po prostu ultrakomfortowym wozem, wykończonym w stylu klubu dżentelmenów XXI w. Tryb sport znalazł się tutaj przez przypadek. Równie dobrze mogłaby go mieć moja kanapa w salonie. W tym miejscu spuszczam zasłonę milczenia na lakierowaną konsolę środkową, która po 16 tys. km przebiegu wyglądała, jakby ktoś jeździł po niej na łyżwach – uznaję to za feler akurat tego jednego egzemplarza albo zwalam winę na jakiegoś osła, który postanowił wyczyścić ją pumeksem.

Jeżeli zaś chodzi o BMW, to... Cóż, to po prostu BMW. Nowocześnie, lecz nie ekstrawagancko. Porządnie i z najlepszych materiałów, ale niekoniecznie wytwornie. Komfort oczywiście bez zarzutu, ale nie ma tego spokoju i miękkości co w mercedesie. Ewidentnie Bawarczycy myślą o kierowcach 50 lat młodszych niż ci, dla których projektują ludzie ze Stuttgartu. A raczej to Mercedes w końcu wrócił do myślenia o dojrzalszych wiekiem klientach.

O ile jadąc mercem, nigdzie się wam nie spieszy i przepisowe 140 km/h na autostradzie uznajecie za całkowicie wystarczające (tryb autonomicznej jazdy przy takiej prędkości działa rewelacyjnie!), to w 530e chcecie więcej, więcej i więcej. Spróbuję to ująć jeszcze inaczej: „Gwiazda” ma charakter bernardyna, który chętnie położy się przed waszym fotelem, żebyście mogli wyciągnąć sobie nogi na jego grzbiecie. Z kolei BMW to typ teriera, który będzie szarpał was za nogawkę, aż wstaniecie i pójdziecie porzucać mu piłeczkę.

Jeśli chodzi o same napędy hybrydowe, to ten w beemce bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Do pracy i z powrotem mam ok. 80 km – 55 km z tego to autostrada, 15 km wiejskie drogi, a 10 – jazda po mieście. Gdy naładowałem baterię do pełna i przejechałem ten dystans z przepisowymi prędkościami, komputer pokazywał średnie spalanie na poziomie 5,5 litra. Rewelacyjny wynik jak na wóz, który do setki jest w stanie przyspieszyć w ciągu 6 sekund. Na samym prądzie przejechać można teoretycznie 50 km, choć realnie to 30–35 km. Poza tym wszystko działa tu jak w normalnym wozie – skrzynia bardzo płynnie zmienia biegi, moment odpalania silnika spalinowego podczas szybszej jazdy jest niezauważalny, wszystko współgra ze sobą idealnie.

Podczas gdy Bawarczycy pracowali w pocie czoła, łączyli kabelki, programowali komputery i dopracowywali szczegóły, inżynierowie ze Stuttgartu bawili się na Oktoberfeście. Napychali brzuchy piwskiem i kiełbasami, aż nagle ktoś krzyknął: „Mamy już bardzo mało czasu! Dawajcie tego dwulitrowego benzyniaka i jakieś baterie!”. I na tym koniec. Tak powstało E 350e. Efekt jest – mówiąc dyplomatycznie – kiepski. Skrzynia biegów szarpie i czuć wyraźne przerwy między zmianami przełożeń. Realny zasięg na naładowanej do pełna baterii to zaledwie 15 km (choć Mercedes twierdzi, że ponad 30). Pedał gazu w trybie EV pracuje co najmniej dziwnie (jakby chciał wam wepchnąć prawą nogę w... sami wiecie co). Bagażnik przez akumulatory ma pojemność zmniejszoną do zaledwie 400 litrów, a bak na paliwo mieści żenujące w tej klasie 50 litrów benzyny. Bateria była rozładowana do cna już po tym, jak dojechałem do pracy, a komputer pokazywał średnie spalanie na poziomie 7 litrów. W drodze powrotnej do domu było to już 10 litrów, a gdy następnego dnia na autostradzie przełączyłem komputer w tryb ładowania baterii, wyszło prawie 12 litrów.

Klasa E zachwyciła mnie komfortem i wyrafinowanym wnętrzem. Dostojnym i spokojnym sposobem jazdy. Ale rozczarowała hybrydową technologią. Zdecydowanie wolałbym BMW. A jeszcze bardziej wolałbym lexusa GS 450h – klasyczną hybrydę, która nie wymaga podłączania do prądu. Owszem, na krótkich dystansach pali ciut więcej, ale na długich okaże się ekonomiczniejsza niż BMW czy merc. I ma sześć cylindrów. Nie trzeba też latać z kablami i szukać wolnych gniazdek. Poza tym logiczne mi się wydaje, że przez 20 lat Japończykom udało się dopracować tę technologię w znacznie większym stopniu niż Niemcom, którzy robią to dosłownie od paru chwil. Znam spalinowo-elektryczne lexy, które mają na liczniku ponad 300 tys. km i zupełnie nic się z nimi nie dzieje, a sprawność baterii jest na poziomie 90 proc. Mercedesa i BMW nie można jeszcze pod tym kątem ocenić. To jest trochę jak ze scyzorykami – robi jest mnóstwo firm, ale jeżeli chcecie mieć coś sprawdzonego, solidnego i długotrwałego, kupujecie po prostu victorinoxa.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj