Rozpacz, żal i potworne upokorzenie. Sandrą, zwykle wesołą i wrażliwą dziewczyną, te uczucia targały przez ostatnie tygodnie. Zamknięta w sobie, walczyła z agresją i szyderczym śmiechem, które niemal codziennie witały ją na szkolnych korytarzach. Dlaczego straciła chęć życia? - zastanawia się "Fakt".
Powód jest przerażająco banalny. Jak dowiedział się "Fakt" od jej koleżanek, dwa miesiące temu dziewczynka dała się podstępem pocałować chłopakowi. Cmoknął ją w policzek. Jeden z jej klasowych katów zdążył zrobić zdjęcie. Rozpoczął się maraton drwin i upokorzeń.
Sandra stała się dla szkolnych prześmiewców żywą tarczą. Nie było dnia bez zaczepek, okrzyków i przekleństw, rzucanych w stronę dziewczynki. Ona nie dzieliła się z nikim swoim bólem. Znosiła to wszystko z pokorą. Wszystko zmieniło się dwa tygodnie temu, kiedy w gablocie gazetki szkolnej ktoś powiesił zdjęcie Sandry. To z pocałunkiem.
To doprowadziło ją do rozpaczy. Teraz każdy mógł drwić z niej na oczach innych. Czuła się, jakby ktoś odarł ją z ubrania i wystawił na drwiny tłumu. Na przerwach ukrywała się w szkolnej ubikacji. To tam zamykała się przed szyderczymi spojrzeniami i chichotami swoich prześladowców - relacjonuje "Fakt".
Tam też Sandra ukryła się w czwartkowe popołudnie. W pewnym momencie otworzyła okno. Usiadła na parapecie. Ostatni raz spojrzała na drzwi wejściowe, potem popatrzyła w górę i rzuciła się w 10-metrową przepaść.
Huk słyszał niemal każdy uczeń. Wszyscy rzucili się, by ratować ranną dziewczynę. Sandra spadła na dach zaparkowanego pod oknem auta. Leżała nieprzytomna. Szybko zapadła w sen. Ból połamanych nóg i pękniętej miednicy spowodował, że dziewczynka straciła przytomność.
Natychmiast zawieziono ją do szpitala, a tam rozpoczął się wyścig z czasem. Lekarze z Oświęcimia bali się, że dziecko może mieć poważne obrażenia wewnętrzne. Trafiła na stół operacyjny, a lekarze przez ponad trzy godziny walczyli, by dziewczynka nie została kaleką. Udało się - pisze "Fakt".
Sandra czuje się już lepiej. Czeka ją teraz wielotygodniowa rehabilitacja. Tymczasem zrozpaczeni rodzice dziewczynki pytają, jak mogło dojść do tej tragedii. W niewielkim Przeciszowie rodzina Z. należy do ludzi uczciwych i bardzo poważanych. Tu znają ich wszyscy i wszyscy chcą poznać prawdę o okolicznościach dramatycznej decyzji Sandry. Wciąż wiadomo niewiele, bo we wsi panuje zmowa milczenia. Tu nikt nie chce narazić się sąsiadowi.
"Fakt" o powód próby samobójczej spytał dyrektorkę szkoły podstawowej. Urszula Momot nie chciała rozwodzić się nad sprawą. "Wszystko zostanie wyjaśnione" - ucięła.
Sprawą próby samobójczej Sandry zajmują się już policjanci i prokuratorzy. To śledczy odpowiedzą na pytania, dlaczego dziecko chciało ze sobą skończyć. Oni też mogą wskazać winnego.