Gdy zasłabła klientka jednego z zakładów fryzjerskich, pracownicy wezwali karetkę z pobliskiego Sieradza - relacjonuje TVN24. Zanim ambulans dojechał do Złoczewa, przed zakładem zebrała się grupka gapiów, którzy głośno dyskutowali o losie starszej pani.

W międzyczasie przybyła wezwana przez ludzi lekarka. Zbadała leżącą i z przekonaniem stwierdziła, że starsza pani nie żyje. Poleciła personelowi odwołać wezwaną karetkę pogotowia i zadzwonić po ambulans, który zabiera zmarłych. Po wszystkim poszła na dyżur do przychodni.

Karetka jednak nie została odwołana. Ratownicy stwiedzili, że kobieta - choć jest nieprzytomna - to jednak żyje. W drodze do Sieradza ambulans miał wypadek. Trzeba było poczekać na drugą karetkę. Ostatecznie starsza pani zmarła w szpitalu. Miała rozległy zawał serca.

Do lekarki, która postawiła błędną diagnozę, dotarła reporterka TVN24. Lekarka jest zszokowana. Twierdzi, że nie wyczuła akcji serca i tętna. To przy zawałach częste, a ona - jak się przyznała - nie ma doświadczenia, jeśli chodzi o takie przypadki.