Reporterzy "Superwizjera" ujawnili wczoraj kulisy misternie utkanego schematu dostaw gazu do Polski. Za legalnymi firmami stała potężna rosyjska organizacja przestępcza. Pięć lat temu Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zawarło kontrakt z węgierską spółką Eural Trans Gas. A za Euralem stał Siemion Mogilewicz, uważany za ojca chrzestnego rosyjskiej mafii.

Reklama

Mogilewicza aresztowano 24 stycznia. Nietykalnego przez lata szefa rosyjskiej mafii zatrzymano w świetle kamer w samym centrum Moskwy. Siemiona Mogilewicza oskarżano o największe przestępstwa - defraudacje na olbrzymie kwoty, pranie brudnych pieniędzy, handel bronią, a nawet materiałami nuklearnymi, które przemycał dla arabskich terrorystów.

Cała konkurencja, różnymi sposobami, została wyeliminowana i to metodami rodem z gangsterskich filmów. Na porządku dziennym były strzelaniny i próby zabójstwa. Ale cel został osiągnięty. Rosyjska mafia zniechęciła konkurentów.

W ten sposób przez wiele miesięcy do Polski płynął gaz od rosyjskiej mafii. I nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że gotując obiad czy wodę na herbatę opłaca się rosyjskiej mafii.

Reporterzy TVN dotarli do ludzi, którzy twierdzą, że o tym, kto stoi za dostawami gazu dla Polski, wiedział polski rząd i instytucje zajmujące się energetycznym bezpieczeństwem kraju. Ale SLD-owski rząd nic w tej sprawie nie zrobił.

W programie padły nazwiska Andrzeja Barcikowskiego, byłego szefa ABW, który twierdzi, że Agencja nie miała obowiązku osłaniać spółek komercyjnych takich jak PGNiG. Marek Kossowski, który podpisywał feralny kontrakt twierdzi, że nikt go nie ostrzegał.