p

Maciej Nowicki: Zaczął pan pisać w okolicznościach niezwykle dramatycznych - w czasie rewolucji kulturalnej. To wtedy w ramach ideologicznej reedukacji został pan zesłany na wieś i pracował jako robotnik rolny. W sytuacji, gdy niemal każdy chciałby jedynie przetrwać, drżąc o własne życie, pan rodzi się jako pisarz...
Gao Xingjan*: Stałem się pisarzem właśnie wtedy, gdy zostało mi to zakazane. Pisanie było wtedy naprawdę bardzo niebezpieczne. Ale przede wszystkim była to konieczność. Po prostu musiałem pisać. To wtedy po raz pierwszy poczułem, że tylko pisząc, myślę. Że jeśli pragnie się zaistnieć w swojej myśli, pisanie jest koniecznością, nie ma innego wyjścia. Nie mogłem przypuszczać, że pewnego dnia cokolwiek z tego, co napiszę, zostanie opublikowane... Między pisaniem a publikowaniem nie było dla mnie żadnego związku. I tak już pozostało do dzisiaj - piszę wyłącznie dla siebie, nie jestem poddany ani polityce, ani rynkowi. Muszę pisać w każdych warunkach. Jeżeli życie ma dla mnie jakąkolwiek wartość, jeżeli staje się do zniesienia, to tylko dlatego, że dotykam go dzięki pisaniu.

Wszystko, co napisał pan w czasie rewolucji kulturalnej, zostało zniszczone - ze strachu, że ktoś doniesie. Gdzie chował pan wtedy rękopisy?
Pisałem na bardzo cienkich kartkach. Na początku chowałem je w wydrążonym kiju od bambusowej miotły. Potem było ich już zbyt dużo, więc zacząłem chować je do glinianego pojemnika na kiszone warzywa. Albo zakopywałem w klepisku mojej izby - drążyłem w ubitej ziemi dziurę, wkładałem tam kartki i ustawiałem w tym miejscu wielki dzban z wodą, która służyła do mycia i gotowania - wody bieżącej nie było. Nigdy nie doszło do rewizji, ale czułem się nieustannie śledzony. Czasem widziałem cień osób, które podglądają mnie przez okno. Rozmawianie w sposób otwarty było wtedy absolutnie wykluczone. Nie miałem zaufania do nikogo. Trzeba było być szalonym, by zaufać drugiemu człowiekowi...

Po upadku komunizmu przez długi czas zastanawiano się, co było w nim najgorsze. I jak ukazać nieludzkość tego systemu. Nie świadczą o niej tylko masowe mordy - w końcu naziści robili to samo. Co w takim razie? Być może NRD, gdzie kochający mąż donosił do STASI na kochającą żonę, a kochająca żona na kochającego męża, syn na ojca, a ojciec na syna? W "Księdze samotnego człowieka", pana książce o rewolucji kulturalnej, bohater boi się, że jego żona znajdzie rękopisy, przekaże je władzom i wtedy zostanie skazany jako kontrrewolucjonista.
Tak, bałem się, że moja żona mnie zadenuncjuje. Jak mówiłem, nie miałem zaufania do nikogo i nie wierzyłem, że to pewnego dnia może się zmienić. Ale nikogo nie oskarżam: kiedy byłem dzieckiem, widziałem, jak matka i babka wyjęły z kufra pożółkłe akty własności dawnych dóbr rodzinnych. Chodziło o zniszczenie dowodów na to, co w oczach komunistycznej władzy było przestępstwem. Na szczęście nikt nie rozpoczął wtedy śledztwa. Ale jeśli doszłoby do tego, najprawdopodobniej złożyłbym donos - mimo że bardzo kochałem moją matkę i babkę. Tak wyglądały sprawy w tamtych czasach. Podczas rewolucji kulturalnej życie stało się nie do zniesienia, chwytało za gardło ze wszystkich stron. W takich warunkach człowiek przestaje być bohaterem. Jest absolutnie niezdolny do przeciwstawienia się tyranii władzy. Bo niby jak miałby to zrobić? Jedyne, co mu pozostaje, to ucieczka w sferę wyobraźni.

Czy tak było w pana wypadku - pisanie zaczęło się jako ucieczka?
Tyle że potem pojawiła się inna potrzeba: świadczenia o tym, co przeżyłem. Miałem tyle koszmarnych doświadczeń... W miarę ich zapisywania życie stawało się o wiele łatwiejsze do zniesienia. Wtedy moją siłą napędową nie była już wyobraźnia, ale wręcz przeciwnie: niemal mechaniczny zapis wszystkiego, co mnie otaczało. I to było szczególnie niebezpieczne. Mogłem zostać rozstrzelany tylko dlatego, że chodziło o otaczającą mnie rzeczywistość. W czasach feudalnych, mimo wojen i zmian dynastycznych, pisarze w Chinach mogli tworzyć. Mogli prowadzić życie mnicha, schować się w górach, istniały świątynie, które mogły posłużyć za schronienie. Tymczasem za Mao nawet pisanie w całkowitej samotności - jak w moim wypadku - stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo. Jak mówił Chen Yi: "Sieć niebios jest ogromna i nie pozwoli wymknąć się nikomu". Gdzie można się było schować? Nawet szczelina w ziemi nie mogła być schronieniem...


Po Nagrodzie Nobla bardzo często próbowano pana porównywać z Sołżenicynem. A pan nieustannie dawał do zrozumienia, że tego porównania nie znosi.
Sołżenicyn jest pisarzem zaangażowanym. Ja jestem pisarzem niezależnym. Ale to mi nie przeszkadza w krytykowaniu polityki komunistycznych Chin. Piszę to, co chcę napisać. I jestem przeciwko sztuce dla sztuki: dla mnie sztuka dla sztuki to jedno wielkie tchórzostwo. Rola pisarza polega na rzuceniu wyzwania całemu światu, z pełną świadomością, że to i tak niczego nie zmieni. Zbyt często podkreślano społeczną rolę sztuki w przeszłości. To jedno wielkie złudzenie. Nienawidzę petycji, nie jestem rzecznikiem żadnej sprawy. Nie udaję, że jestem zbawcą ludzkości. Literatura nic nie może - to brzmi pesymistycznie, ale tak właśnie jest. Przecież kiedy spojrzymy w przeszłość, staje się absolutnie jasne, że literatura w ogóle nie pomogła w rozwiązaniu fundamentalnych problemów ludzkiej egzystencji...

Nigdy pana nie kusiło, by dokonać czegoś w rodzaju podziału samego siebie: na pisarza, który ucieka od wszelkich zobowiązań politycznych i robi jedynie to, co do niego należy, i człowieka niepisarza, który gotów jest mimo wszystko zaprotestować przeciwko temu, co go najbardziej mierzi w chińskim komunizmie? Przecież jedno nie musi wykluczać drugiego...
Mam swoje poglądy polityczne. Nie ukrywam ich. Nie sposób ich nie dostrzec. Ale jednocześnie wiem, czym jest polityka: z polityką mamy do czynienia wtedy, gdy jedna grupa ludzi manipuluje drugą. Mam tego absolutnie dosyć, nienawidzę polityki. Za dużo jej w swoim życiu doświadczyłem. Utopia nowego społeczeństwa, nowego człowieka stanowiły jeden z mitów współczesności i jeden z jej ideałów. Zobaczyłem, co te ideały znaczyły w praktyce. Dlatego za każdym razem, gdy ktoś narzeka, że ideały upadły, cieszę się i mówię sobie: "Tym lepiej dla nas wszystkich". Pisarz nie ma nic wspólnego z narodami czy masami. Nigdy nie powinien nawet próbować przemawiać w ich imieniu. To komunizm potrzebował mas i tłumu, nadawał kształt tej masie, lepił ją, tworząc taką atmosferę, w której mogło się pojawić zbiorowe szaleństwo. To był zresztą mój cel w "Księdze samotnego człowieka" - pokazać, w jaki sposób szaleństwo Mao może stać się szaleństwem całego narodu, dlaczego zatruło ono nas wszystkich, dlaczego staliśmy się tacy potworni... Chodziło o masowy ruch napędzany ślepą siłą. Gdzie każda ofiara była w swoim czasie katem. Albo udawała, że jest po stronie katów - i w ten sposób stawała się katem. Opór właściwie się nie zdarzał.

Reklama

Napisał pan kiedyś: "Nie mamy niczego do pozazdroszczenia nazizmowi"...
Bo to prawda. Te czasy wcale nie były lepsze od nazizmu, a Mao nie był lepszy od Hitlera. Każdy, kto myśli, że czerwony terror, ta zaraźliwa choroba, która czyni wszystkich szaleńcami żądnymi krwi, jest lepsza od nazizmu, nic nie zrozumie z tamtych czasów.

Jaki pan był wtedy, w początkach rewolucji kulturalnej, jeszcze przed zesłaniem na wieś? Czy był pan tym człowiekiem, o którym czytamy: "Stał się lisem i był zdolny ugryźć. Potrafił pokazać zęby i przybrać straszny wygląd. Życie - o ile można to było nazwać życiem - nauczyło go, jak być dziką bestią"?
Mao był politykiem niezwykle realistycznym, doskonale znał się na ludziach. To sprawiało, że ryzyko wpadnięcia w jego pułapkę stawało się jeszcze większe. Na początku byłem niezwykle rozentuzjazmowany jego pięknymi słowami. Nie przepadałem za szkołą, więc gdy powiedział, że należy zbuntować się przeciwko nauczycielom, strasznie mi się to spodobało. Potem stało się to, co się stało: zostałem strażnikiem rewolucji. Byłem nawet przywódcą jednej z grup zbuntowanych przeciwko grupie popieranej przez oficjeli KPCH. Ale kiedy zrozumiałem, o co naprawdę tu chodzi - o walkę na śmierć i życie jednej frakcji przeciwko drugiej, walkę, której jedynym celem jest władza - wycofałem się. A kiedy w końcu znalazłem się we Francji, powiedziałem sobie, że nigdy w życiu nie będę już członkiem żadnej organizacji politycznej lub niepolitycznej. Nie chcę mieć żadnych towarzyszy, żadnego wspólnika, chcę pozostać na uboczu wielkich grup i wszelkiego rodzaju rodzin. Zrozumiałem, że nigdy nie miałem żadnych wrogów - co najwyżej partia chciała ze mnie zrobić wroga. Od kiedy zerwałem swoją maskę, nie zawsze wiem, jak się zachować, ale przynajmniej porzuciłem kłamstwo. Nie mam ojczyzny ani tego, co nazywa się krajem ojczystym. Anulowałem wszystkie uczuciowe długi i jestem sam na świecie. Jedyną rzeczą, której nie porzuciłem, jest język. Ale jeśli piszę nadal po chińsku, to tylko dlatego, że jest to dla mnie znacznie łatwiejsze. Nie muszę zaglądać do słownika...

Pierwszą swoją książkę opublikował pan po powrocie z zesłania, w roku 1981. To był długi esej zatytułowany "Wstępna dyskusja o współczesnej chińskiej prozie".
Wszystko, co napisałem w czasie rewolucji kulturalnej, zniszczyłem - zresztą i tak nie mógłbym tego wydać. W czasie pisania "Wstępnej dyskusji..." byłem niezwykle ostrożny, starałem się nie przekroczyć czerwonej linii, trzymać wszystko pod kontrolą. Absolutnie nie podejrzewałem, że to, co napisałem, stanie się dla mnie źródłem tak wielu problemów. Tymczasem uznano mnie za modernistę, co stanowiło obelgę, opisano jako człowieka z marginesu, który knuje jakiś spisek, używając do tego zachodniej literatury. W końcu zażądano, bym napisał publiczną samokrytykę do gazet. Odmówiłem. I zrozumiałem jedno: nieustanna samokontrola, nieustanne uważanie, aby nie posunąć się za daleko, i tak będzie miało dla mnie fatalne skutki.

Wtedy zdecydował się pan na napisanie książki, która i tak nie będzie mogła zostać opublikowana w Chinach. To była "Góra duszy" wydana na Tajwanie w roku 1991, już po opuszczeniu przez pana Chin. To ona przyniosła panu Nobla. Choć na początku nic nie wskazywało na sukces - w pierwszym roku sprzedano bodaj zaledwie 90 egzemplarzy....
Przez długi czas szamotałem się, nie wiedziałem, co robić. W pewnym sensie sytuację rozwiązał lekarz, który postawił fałszywą diagnozę: rak płuc. Było oczywiste, że umrę. Potem okazało się, że rozpoznanie było błędne. To wtedy, w obliczu darowanego życia, postanowiłem napisać książkę wyłącznie dla siebie. Ruszyłem w prawie roczną podróż wzdłuż Jangcy, nieustannie maszerowałem. Byłem wtedy bardzo zainteresowany chińską historią - i zrozumiałem, że jest ona w gruncie rzeczy historią władzy. Moje pisanie stało się wtedy jednym wielkim usiłowaniem, by skończyć z podziałem na gatunki literackie. W "Górze duszy" jest absolutnie wszystko: proza, notatki, wywiady ze spotkanymi ludźmi, moje uwagi na temat tych ludzi. Są fragmenty filozoficzne, krytyka literacka, fragment dawnych kronik i ich pastisze, zaczątek dzieł z zakresu geografii. To jest dla mnie najistotniejsze, nie tylko w literaturze - że nie można w swym życiu mieć zawsze tego samego stylu. Trzeba próbować różnych stylów, zmieniać się, nigdy nie zakładać, że tworzymy i zostaliśmy stworzeni na zawsze.

Jeden z tematów "Góry duszy" stanowi konfrontacja wydarzeń rewolucji kulturalnej i życia mniejszości etnicznych, z którymi się pan styka, mniejszości słynących z niezwykle drastycznych praktyk. W ten sposób pośrednio stawia pan pytanie, czy rewolucyjna nowoczesność jest lepsza od najgorszej starożytnej barbarii. Jak choćby w tej scenie, gdy pyta pan człowieka z ludu Yi, czy to prawda, że stosowano tak okrutne kary jak odrąbywanie pięt, przekłuwanie oczu, obcinanie uszu, przebijanie nosa, że na porządku dziennym było niewolnictwo i zadawanie śmierci w sadystyczny sposób. Ale tego rodzaju pytania nie wprawiają tego człowieka w żadne zakłopotanie...
Tak. Odpowiada po prostu, że to wszystko nie bardzo różni się od tego, co robili Chińczycy po 1949 roku. I za każdym razem muszę mu przyznać rację.

Kilka lat temu, po wydaniu "Księgi samotnego człowieka", zadeklarował pan, że na zawsze przestaje pisać o Chinach... Chce pan o tym wszystkim zapomnieć?
Co miałem napisać, już napisałem. Można czytać moje książki, można bez trudu wszystko w nich znaleźć. Moi rodzice od dawna nie żyją - co stanowi dodatkowy powód, dla którego bardzo rzadko myślę o Chinach. Owszem jestem na wygnaniu... Ale artysta zawsze powinien żyć na marginesie społeczeństwa, tak więc wygnanie jest czymś korzystnym. Nie trzeba walczyć z tymi wszystkimi społecznymi i ideologicznymi naciskami, których doświadczamy żyjąc w centrum z wszystkim, co przeszkadza w skupieniu się na własnych myślach. Zresztą w Chinach władza komunistyczna nie zmieniła się aż tak bardzo... Gospodarka idzie co prawda do przodu, ludziom żyje się nieco lepiej. Ale kiedy słyszę: "Jest teraz pełno luksusowych hoteli - więcej niż w Paryżu. I mnóstwo milionerów - tak łatwo zarobić pieniądze", zawsze zadaję pytanie, czy mojemu rozmówcy udało się tam zbić fortunę. Jest pewna wolność, to nie jest to samo, co za czasów Mao, ale mimo wszystko nadal jest to władza totalitarna. Nie ma najmniejszych szans na opublikowanie czegoś, co w dosłowny sposób dotyka rzeczywistości. Każda forma głębokiej krytyki oznacza natychmiastowy zakaz cenzury. A kiedy dostałem Nagrodę Nobla, bardzo ostro zaatakowano moje dzieła i podtrzymano zakaz ich publikacji. Pekin uważa mnie za wroga. A jaki autor chciałby wrócić do kraju, który zakazał publikowania jego książek? Nigdy nie wrócę do Chin. To nie jest mój kraj. Mój kraj jest w mojej pamięci. Nie chcę się w tym już zanurzać. To mnie doprowadza do wściekłości. Nie chcę już rozmawiać o Chinach! (krzyk).

Przepraszam, zmieńmy temat. Mieszka pan we Francji od blisko 20 lat. Nigdy nie odczuwał pan tego, co rosyjscy dysydenci, którzy w komunistycznych czasach znaleźli się na wygnaniu na Zachodzie i nagle zrozumieli, że Zachód jest dla nich jeszcze bardziej obcy niż komunistyczna Rosja. Zachód ich po prostu brzydził - była to dla nich kraina upadła, pozbawiona duchowości, przeżarta pieniądzem. Nigdy nie odczuwał pan podobnego rozczarowania?
Nie. Marzyłem o Francji od bardzo dawna. Jeszcze jako dziecko przeczytałem wspomnienia Ilii Erenburga, który pisał o Paryżu lat 20., o tym, jak pewnego dnia zobaczył kobietę wchodzącą do kawiarni z niemowlakiem - położyła go na kontuarze, mówiąc, że za chwilę wróci, musi tylko coś kupić. Jednak nigdy nie wróciła, a właściciel zażądał od klientów kilku centymów od każdej kawy czy piwa, aby mógł wychować to dziecko. Ta historyjka mną wstrząsnęła - chciałem poznać taki świat. Potem, kiedy byłem w liceum, mój nauczyciel francuskiego nieustannie mówił o swojej tęsknocie za francuskimi kawiarniami. Rysował wszystko na tablicy, szczególnie zapamiętałem serie kobiecych nóg w butach na wysokich obcasach. Tak więc mój przypadek nie ma nic wspólnego z rosyjskimi pisarzami dysydentami. Od dziecka czułem ogromny pociąg do kultury zachodniej. Nigdy nie miałem poczucia odrzucenia. Na początku była co prawda nostalgia. Ale ta nostalgia stała się częścią mojego dzieła, została przez nie zasymilowana. Rozpoczynam rano i pracuję do północy. Od 20 lat - pomijając okres, kiedy byłem ciężko chory na serce i znalazłem się w szpitalu - nie przerywałem ani na moment, nie miałem wolnych weekendów ani wakacji, które Francuzi tak kochają. Pracowałem jak wariat, w euforii. Praca jest dla mnie najważniejsza - to dlatego tak bardzo nie lubię mówić o przeszłości. Chcę całą swą energię skupić na tym, co robię teraz...

Nigdy nie czuł się pan skrępowany na Zachodzie? Nigdy nie czuł pan, że ta wolność nie jest zupełna?
Moi przyjaciele Francuzi mówią mi często, że nie czują się wolni, że książka nie jest w stanie oprzeć się rynkowi i globalizacji. Trzeba zdobyć swoją własną wolność. Ona nigdy nie jest za darmo. Mnie Chiny przygotowały do tego, by dobrze korzystać z wolności. Osiadłem we Francji, aby mieć swobodę pisania, tworzenia - i to jest dla mnie rzecz absolutnie podstawowa. To główny powód, dla którego czuję się tutaj tak dobrze. Upierałem się, aby pisać to, co chcę pisać, ryzykując własną głowę. Dlaczego więc mam być dziś przerażony Zachodem?

No i dostał pan Nobla...
Tak, dostałem Nobla, a to sporo pieniędzy. Ale nawet bez Nobla byłoby to samo. Od samego początku nie miałem żadnych problemów materialnych - na wszystko zarabiałem dzięki swoim obrazom. To znaczy, że moja wolność nie pochodzi od innych - bo innych nigdy nie można prosić ani błagać o własną wolność. Trzeba być naprawdę niezależnym i dopiero opierając się na tej niezależności, można dotknąć prawdy. Henri Laborit wytłumaczył to doskonale w jednej ze swoich książek: nie jest ważne, jak głęboki jest bunt, ważne, by był buntem jednostki. Bo kiedy rozpoczynamy nawet najgłębszą rewoltę, ale ta rewolta pokrywa się z rewoltą zbiorową, rewolta jednostki zawsze na końcu będzie zmuszona podporządkować się rewolcie zbiorowości. Każdy, kto myśli inaczej, jest niebywale naiwny.

Kiedy pytano pana, jak to się stało, że w najgorszych czasach nie został pan rozstrzelany, uwięziony ani nawet zadenuncjonowany, odpowiadał pan, że trzeba było pewnego sprytu - bo jak pan podkreślał wcześniej, o oporze nie było nawet co marzyć. Czy ten spryt jest także konieczny, by opierać się światu, którego funkcjonowanie wyznaczają prawa rynku?
Trzeba wytrwałości i jasności umysłu. Spryt nie daje tutaj pisarzowi absolutnie nic. Bo kogo mógłby tutaj oszukać? Pisarz nie może przecież oszukiwać samego siebie.

Tak więc trzeba jedynie mieć silną wolę i trwać przy swoim?
Tak. Trzeba znać sytuację, w której człowiek się znalazł. Nie ma sensu bić się z tym gigantycznym rynkiem - bo to jest rynek i nie sposób go zmienić. Trzeba też znaleźć swój własny głos - i nie mylić go z głosem rynku. Zawsze podkreślam, że trzeba nieustannie powracać do jednostki. Tylko to jest prawdziwą literaturą. Bo jeżeli literatura nie dotyka prawdy ludzkiej kondycji, od razu należy dać sobie z tym spokój. Szkoda wszystkich starań. Wtedy można najwyżej produkować bestsellery i złudzenia.

A jeżeli ta coraz większa zależność człowieka od społecznych iluzji jest - bez względu na pana przekonanie w tej kwestii - prawdą ludzkiej egzystencji we współczesnym świecie?
Tym co mnie najbardziej brzydzi we współczesności i co jednocześnie stanowiło o specyfice XX wieku jest fałszywe przyspieszenie historii. Zakładamy, że wszystko się zmieniło - a jedynym rezultatem tego założenia jest zubożenie naszego istnienia. Wolność jest w każdym z nas - pozostaje jedynie pytanie, czy potrafimy i chcemy się nią posługiwać. Natura ludzka wcale się nie zmieniła - to tylko wymówka. Zawsze można rzucić wyzwanie. W każdej epoce byli pisarze, którzy stawiali opór. Trzeba znowu odkryć ten rodzaj literatury, który mówi o konfrontacji człowieka ze swoim przeznaczeniem. Taka literatura istniała zawsze - od greckich tragedii po Pessoę i Kafkę. I nie ma żadnego powodu, by twierdzić, że już się skończyła. Nie tylko moje książki są dowodem, że to nieprawda.

Pan twierdzi, że nic się nie zmieniło. A jednocześnie przy każdej okazji krytykuje pan rynek, który ma absolutną władzę. Skoro to nic nie zmienia, to po co o tym bez przerwy mówić?
Oczywiście mamy do czynienia z pewnym kryzysem myśli na Zachodzie, ale wszystko zależy od tego, jak go definiujemy. Skończyłem właśnie nowy zbiór esejów, który ukaże się niebawem po chińsku. I piszę tam o tym, że trzeba stanąć w obliczu globalizacji, która stała się rzeczywistością XXI wieku. Ale nie wystarczy globalizację krytykować - to jest prawo ekonomiczne, którego ani jednostka, ani państwo nie mogą zmienić. Myśl Marksa to już przeszłość. Przecież nawet komunistyczne Chiny przyjęły kapitalizm - i to w dzikiej wersji. Taka jest sytuacja dziś. A jedyne interesujące pytanie brzmi: "Gdzie jest prawdziwa myśl, która może stanąć twarzą w twarz z tymi problemami?". Bo nie wystarczy łatwa krytyka kapitalizmu, do której dodatkiem będą jak zwykle ogólnikowe wypowiedzi o prawach człowieka. Trzeba znaleźć tę nową myśl, aby zanalizować naszą sytuację.

Na koniec wróćmy jednak do Chin. Tylko jedno krótkie pytanie, proszę się na mnie nie denerwować. Bardzo często mówi się: "Owszem w Chinach nie ma wolności. Ale czy naprawdę Chińczycy jej potrzebują? Jeżeli są zadowoleni z tego, jak jest dzisiaj, to po co na siłę narzucać im nasze standardy? Oni zawsze znacznie wyżej cenili ład, harmonię od wolności".
Co to znaczy "Chińczycy tacy są"? Kto może za nas o tym decydować? Jestem Chińczykiem i nie znoszę braku wolności. Proszę, aby pan niczego nie wybierał w moim imieniu.




p



*Gao Xingjian
(ur. 1940), chiński pisarz, reżyser teatralny, tłumacz i malarz.W 2000 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Ukończył filologię francuską w Pekinie i przez wiele lat pracował jako tłumacz. W latach rewolucji kulturalnej został zesłany na wieś do pracy na roli - do Pekinu i pracy tłumacza pozwolono mu wrócić w roku 1975. Był jednym z prekursorów teatru absurdu w Chinach. Jego najsłynniejsze sztuki to Sygnał ostrzegawczy (1982) i Przystanek (1983). Kiedy w 1986 roku jeden z utworów Gao znalazł się na indeksie, u pisarza zdiagnozowano błędnie raka płuc. To wówczas podjął decyzję o długiej wędrówce przez Chiny. Podróż stała się inspiracją dla jego najsłynniejszej powieści Góra duszy (1990, wyd. pol. 2004), epickiego dzieła łączącego różne gatunki literackie oraz wątki autobiograficzne z fikcyjnymi. Od 1987 roku Gao Xingjian mieszka we Francji.