To zależy, jaka będzie Europa i świat, a także jakie będą liczące się środowiska w Polsce. Dziś prawica ma charakter lewicowy, a lewica składa się z ludzi dobrze
ustawionych, rzadko podejmujących tematy społeczne. Jedni stawiają wolność ponad wszystko, inni - równość, a my mówimy o pomocniczości. Jest przestrzeń dla PSL w centrum, o ile tylko
przełożymy swoje zasady na język współczesnej polityki.
Wspieranie wzajemne, gospodarowanie na swoim, podejmowanie działań ambitnych, ale realnych. PSL to jedyna formacja, która w ostatnim dwudziestoleciu zachowała ciągłość. Łącznie z
nazwą.
Albo dla wszystkich ceniących umiarkowanie i realizm. Tam, gdzie ludzie bezpośrednio znają kandydatów, na przykład w wyborach samorządowych, wyniki są lepsze. W wyborach parlamentarnych czy
europejskich jest słabiej. Media nie zawsze są neutralnym przekaźnikiem informacji o nas. O ile nie zatracimy kontaktu z rzeczywistością, umiejętności słuchania, czym żyją ludzie, będzie
dobrze. Nasz przykład pokazuje, że procenty to nie wszystko. Zawsze można uzyskać wpływ na decyzje.
Czasem łatwiej zabić milczeniem niż krytyką. Kaczyńscy podobnie jak PO, walcząc o wszystko, poszli drogą megaobietnic - wszystkim wszystko np. prawo i sprawiedliwość (oczywiście z dostawą
do domu). My podkreślamy znaczenie mądrej pracy i polityki - lepszą przyszłość trzeba samemu wypracować. Ostatnio mówimy, ze prywatyzacja powinna być skierowana nie tylko do zagranicznych
inwestorów, także do pracowników, do kadry kierowniczej. I co? Cisza. Przebił się dopiero mój wywiad w "Newsweeku". Podgrzewany w kontekście moich domniemanych konfliktów z
premierem. Koledzy z PO zgłosili podczas wakacji kontrowersyjny projekt prywatyzacyjny, my z tym dyskutujemy, ale kto to zauważył?
Nawiązując do klasyka: bić trzeba, gdy inne sposoby zawiodą. Lepsze jest rozpoczynanie od dialogu i kooperacji. W "Europie" ukazał się ostatnio ciekawy tekst francuskiego
politologa. Pisze on, że w zachodniej Europie i w USA dominuje strach, w krajach arabskich - upokorzenie, a w krajach Azji Wschodniej - nadzieja. W polskiej polityce przeważa wojna i konfrontacja.
Z wojowania nie ma pozytywnych efektów. Dobremu gospodarowaniu powinna towarzyszyć współpraca, zaufanie. Wojskowy styl uprawiania polityki niszczy te wartości. W książce Amosa Oza znalazłem
ostatnio prostą receptę: jak uleczyć fanatyka. Trzeba po prostu zachować poczucie humoru.
Mam dystans do siebie, którego brakuje politykom zacietrzewionym. W poprzednim Sejmie dwa ugrupowania, które tylko się biły, mocno się na tym przejechały.
Mówię o LPR i Samoobronie. A co do głównych partii: to prawda, one realizują doktrynę Marka Migalskiego: gdzie dwóch się bije, tam każdy korzysta. Takich "głównych"
partii było już kilka. Było nią także PSL. Późniejsze losy tych "głównych" partii były różne. Nasz los nie jest najgorszy. Rozmawiam z ludźmi. Wielu przestało
oglądać telewizję, interesować się polityką, bo oparta na bijatyce stała się nieznośna, nie do wytrzymania. Nie lekceważyłbym tego. To może doprowadzić do dużych przewartościowań.
Być może zbyt wielu ludzi daje się zwieść, być może wielu ludziom wystarczy PO i PiS. Ale jest liczna grupa ludzi, którzy cenią i lubią PSL, są tacy, którzy wybierają jeszcze inne
partie. Różnorodność oraz możliwość wyboru ma swoją wartość. Cenię ludzi, którzy głosują na PSL, bo oni czują, że my jesteśmy inni. I nie zamierzam odpuszczać. Nie oddam pola
wyłącznie amatorom zręcznych, ale często destrukcyjnych konfrontacji. Zawsze będą ludzie spokojni, umiarkowani, więc PSL ma przyszłość.
Jedni akcentują wolność, inni - równość, a my podkreślamy braterstwo. Ma pan rację, zmienia się demografia, coraz mniej ludzi uprawia ziemię, ale przecież ludzie potrzebują wspólnoty,
przestrzeni, natury. Ci, którzy zostają w mieście, mieszkają ciaśniej, ale osobno, a większość usług pozostawiają wyspecjalizowanym służbom. A poza miastem dla zbudowania drogi czy
wodociągu potrzebna jest aktywność, współpraca. Dobry gospodarz jest tam bardziej potrzebny, także w polityce samorządowej, niż showman. Showmanów ludzie mieszkający poza miastem szukają w
kinie, na dyskotece. Infrastrukturę, szybszy dojazd na przykład do Warszawy, zapewnią gospodarze.
Jeśli dla pana porządek oznacza brak różnorodności, to jest to także praktycznie brak wyboru. Widzimy politykę, społeczeństwo inaczej niż PO. Spór o prywatyzację pokazuje to dobitnie. My
jesteśmy, mówiąc nieco umownie, bardziej w miejscowych realiach. PO jest bliższa światu globalnych korporacji. To samo było widać przy sporze o opcje walutowe. Widzieliśmy to już w roku
1992, kiedy wspólnie z KLD próbowaliśmy tworzyć mój pierwszy rząd.
W obecnej debacie o prywatyzacji PiS zamilkło. Może jest na wakacjach, może to przeoczyło, a może chce krzyczeć po czasie i odwoływać się do sfrustrowanych ludzi, kiedy zło się już
zdarzy. Gdy nadgorliwi "prywatyzatorzy" sprzedadzą nam południe i zachód. My działamy inaczej, chcemy załatwiać problemy. Oddziaływać na przemiany, pilnować ich tempa,
żeby nie było za szybkie. Po co dziś sprzedawać energetykę, na dokładkę zagranicznym firmom państwowym?
Czas pokaże. Inni też się liczą. Na razie widzimy, że w poprzedniej kadencji PiS zjadło Samoobronę i LPR, ale trochę się do nich upodobniło w stylu politykowania. Nam ten styl nie
odpowiada.
Rozmawialiśmy wtedy z Kaczyńskim poważnie. Podstawowe różnice dotyczyły charakteru zmian. My mówiliśmy: nazwijmy wspólny program "Solidarna Polska", jak w kampanii 2005
roku. A oni upierali się przy nazwie "Solidarne państwo". Mieli na uwadze głównie solidarność instytucji, funkcjonariuszy, służb, wzmocnienie represyjnych funkcji państwa.
To nie nasza filozofia.
Z każdym poważnym politykiem, który ma własną wizję, niełatwo się dogadać, ale jest to możliwe, jeśli poszukujemy współpracy, a nie wojny.
To prowokacja "Wprost", może dobra dla Kaczyńskiego albo dla innych sił politycznych. Mamy przecież trudną, ale realną koalicję z PO.
Trzeba się liczyć z różnymi scenariuszami. Rok temu mało kto przewidywał globalny kryzys. Dziś jest on faktem. W przyszłym roku są wybory prezydenckie, samorządowe. Kto wie, czy nie dojdzie
też do parlamentarnych.
Różne sprawy mogą mieć własną dynamikę. Ja dostrzegam w dyskusji o prywatyzacji granice dla PSL nieprzekraczalną. Nie zgodzimy się na wyprzedaż podczas kryzysu, byleby tylko uzyskać
więcej pieniędzy do budżetu. Wierzymy, że podobnie podejdzie PO. Przecież wicepremier Schetyna też nie chce wyprzedaży KGHM.
Mówię, co jest naszym non possumus. Jeśli przyłożymy rękę do katastrofalnych rozstrzygnięć, wystawimy na szwank przyszłość i Polski, i PSL.
O składzie koalicji w obecnej kadencji zadecydowali wyborcy w 2007 r. O możliwości jej przetrwania - nasza współpraca z PO. A co będzie później, o tym znów zadecydują wyborcy.
Bardzo ciekawe zdarzenie. Wcześniej SLD próbował formuły Lewicy i Demokratów. My w koalicji PO - PSL przezwyciężyliśmy historyczne podziały, zachowując swoją tożsamość. Do tej pory
żadna koalicja nie przetrwała ponad jedną kadencję. Kto wie, może współpraca PO - PSL ma perspektywę 8 czy 12 lat?
Nie wierzy pan ani w siłę argumentów, ani trwałość postawy, a tylko w siłę szabel? Generalnie jestem z tej koalicji zadowolony i wierzę, że możemy spełniać swą rolę w każdej koalicji,
a nawet poza nią.
To było w fazie wyrokowania o różnych poczynaniach, bez porozumiewania się z PSL. Koalicja też miewa swoje fazy. Tę fazę chciałem zakończyć swoim wywiadem w "Newsweeku".
Kolegów z PO najbardziej zabolało, gdy powiedziałem, że kierują się nadmiernie sondażami. Ale mnie chodziło o zmianę sposobu działania. W USA inna ekipa prowadzi prezydentowi kampanię, a
inna - politykę rządową. W PO reklama i administrowanie nie są rozdzielone. PSL brakuje może widowiskowości, PR-u. Za to w Platformie jest tego za dużo. A w przypadku decyzji o euro potrzeba
chwili, błysku zatriumfowała nad dobrym zatemperowaniem eksperckiego ołówka. To się zdarza.
Pewnym usprawiedliwieniem jest kryzys zmuszający do zmiany planów.
W tej konkurencji, w której premier jest najlepszy, nie chcę i nie będę się z nim ścigać.
Tak, w zupełnie innej lidze. Wpływ nie zależy od liczby posłów. Mieliśmy w 1993 roku ponad 130 posłów, lecz z braku doświadczenia spełnialiśmy mniejszą rolę niż dziś. Nauczyło nas to
zresztą pokory, bo i w tamtej konfiguracji nie osiągnęliśmy wszystkiego. Choćby dlatego, że na rządowe decyzje wpływają różne realia, uwarunkowania również zagraniczne. My się
koncentrujemy na tym, aby w tych realiach dostrzegano krajowe interesy. A w lidze gry o głosy przy pomocy PR-u nie bardzo chcemy uczestniczyć.
Może dla pana, ale dla wielu wyborców PSL łączę tradycję z nowoczesnością. Doceniam dorobek poprzednich pokoleń, nie chcę się oderwać od swojej tożsamości. Niech pan pomyśli o Szopenie
- nie wyrzekł się ludowej muzyki, ale potrafił ją przełożyć na światowe standardy.
Który może uczynić nasze życie upiornym, bo zbyt zagonionym, nieludzkim. Nie chcę iść drogą maklerów londyńskiego City, którzy po latach czują się wypaleni, przegrani. My ludowcy
jesteśmy za modernizacją, ale chcemy ją dopasowywać do miejscowych realiów.
Tak, bo zmiany zbyt szybkie, nieprzemyślane, mogą się rozlecieć pod własnym ciężarem. Człowiek potrzebuje odrobiny stabilizacji. W Open Source ludzie budują oprogramowania lepsze niż te,
które są dziełem globalnych korporacji.
Konflikt interesów dużo bardziej niż w PSL można zauważyć w innych partiach. Pan o tym wie lepiej ode mnie. Nie będę dyskutował na tym poziomie, bo nie chcę na takim poziomie prowadzić
dyskusji politycznej i obrzucać innych błotem, jak to się robi ze mną. Jeśli osoba posiada kwalifikacje do zajmowania stanowiska, to nie może być dyskryminowana tylko ze względu na to, że
jest czyjąś siostrą czy bratem. Powinniśmy pomagać sobie nawzajem, jeśli sprzyja to dobru wspólnemu. Ja wyrastam ze środowiska, gdzie ludzie sobie pomagają. W straży pożarnej jest dziadek,
ojciec i wnuk. Czy tam można stosować standardy globalnej korporacji, gdzie jedynym miernikiem jest pieniądz i obojętność na ludzki los? Uznaje się za coś niezwykłego, że brat posła
pracuje w firmie zajmującej się rynkiem zbożowym, a nie dostrzega się innych, dużo bardziej dwuznacznych powiązań u innych.
Ta funkcja to część tożsamości - mojej, mojego środowiska. W książce Putnama "Upadek i odrodzenie wspólnot lokalnych w USA" można przeczytać, że społeczeństwo nie
może się opierać tylko na technokratycznych schematach, ważniejsze są więzi społeczne. Gdy przyjdą trudności, ratować nas będą nie korporacje, a rodzina, przyjaciele, sąsiedzi.
Przecież oddzieliliśmy w związku funkcje wykonawcze od społecznych, symbolicznych. Tam jest porządek, nie ma konfliktu interesów. Dotacje są przyznawane nie związkowi, a poszczególnym
strażom. I to jest rozliczane co do złotówki.
Naprawdę, uważajmy, żeby nie popaść w absurd. W szykowanym pod kierunkiem pani minister Pitery projekcie ustawy rozdzielającej to, co polityczne, od tego, co społeczne, zabrania się politykom
pełnienia funkcji w spółkach wodnych. A wie pan, co to takiego są spółki wodne? To zrzeszenia gospodarzy utrzymujących w dobrym stanie rowy melioracyjne. Więc chłopi śmieją się z tego
pomysłu. To czyjaś urzędnicza nadgorliwość.
Czy pan naprawdę sądzi, że zagrożeniem są organizacje społeczne? Ja obawiam się hipokryzji. Jak jest transparentność, to nie ma nadużyć. Z kolei w papierach wszystko może być w
porządku, a interesy robi się pod stołem. Zaufania się nie zadekretuje i nie wymusi represyjnymi instytucjami takimi jak CBA. Jeśli przedsiębiorstwa stracą na opcjach 50 miliardów, to może
są siły i instytucje zainteresowane skierowaniem uwagi na inne obszary. Wygląda na to, że w sprawie opcji poza nagłośnieniem i złagodzeniem objawów nic nie będzie można wyjaśnić.
Może jest zachętą dla nas i Platformy, żeby utrwalić naszą koalicję rządową.
Tak było, my namawialiśmy od początku do porozumienia czterech partii w sprawie mediów publicznych, tak żeby nie było przechyłu w żadną stronę. Telewizją rządzi wciąż człowiek, który
reprezentuje radykalną partię pozaparlamentarną, a cztery partie nie mogą się porozumieć? To nienaturalne, mówiliśmy. Ja nikogo bym nie wyłączał z tego porozumienia, także i PiS.
Byłem zaskoczony woltą premiera tuż przed głosowaniem nad ustawą medialną. Dlaczego do niej doszło? Mogę tylko odpowiedzieć: nie wiem.
Będzie partią parlamentarną, mającą istotny wpływ na polską politykę.
Po co te nazwy? W przyszłości różne partie mogą się stać wielkimi formacjami, zarówno PO, PiS, jak i PSL lub ktoś inny. Ludzie powinni mieć możliwość łączyć się i działać z
podobnie myślącymi, nawet niezależnie od tego, z jakiego kościoła kto pochodzi. Ale to proces trudny i długotrwały. Być może już nie dla ludzi mojego pokolenia. Dziś pozwólcie trzymać mi
się mojego kościoła.