Start kanału szykowano od połowy zeszłego roku. Plan zakładał, że Espreso TV (wcześniej Nowyny TV, ale nazwę zmieniono z powodu obiekcji ukraińskiego regulatora, który uznał, że jest za mało oryginalna) zacznie nadawać 25 listopada 2013 roku. 

Cztery dni wcześniej ukraiński parlament ogłosił, że wstrzymuje przygotowania do umowy stowarzyszeniowej z UE. Mieszkańcy stolicy wyszli na Majdan, a nowa telewizja newsowa ruszyła z nadawaniem na żywo. Już pierwszego dnia zaistniała w zagranicznych mediach, także w Polsce. 

Dziś z relacji Espreso TV korzysta Reuters, CNN, "Washington Post" czy nasz TVN 24 BiŚ.

Stacja jest projektem deputowanego ukraińskiej partii Batkiwszczyna (Ojczyzna), Nikołaja Kniażyckiego. 99 proc. akcji w Espreso TV należy do jego żony, Larisy Kniażyckiej. Były ukraiński dziennikarz zaionwestował własne pieniądze, a nawet oddał dziennikarzom swoje mieszkanie. W piwnicach powstały studia i montażownie, w pokojach na parterze mieszczą się redakcje. 

To właśnie Kniażycki latem ubiegłego roku ściągnął do Kijowa Broniatowskiego i mianował go członkiem rady redakcyjnej. To jedyny Polak w ponad 100-osobowej stacji. Odpowiada za emisję w serwisie YouTube i pozyskiwanie pieniędzy. 

Broniatowski jest członkiem rady nadzorczej TVN, wcześniej zasiadał też w radzie nadzorczej Grupy Onet, był pierwszym dyrektorem polskiego przedstawicielstwa Reuters i wiceszefem rosyjskiej agencji Interfax International Information Group. Z Kniażyckim znają się jeszcze z czasów, gdy próbowali stworzyć ogólnokrajowy dziennik w języku ukraińskim. Wtedy się nie udało z powodu inwestora, który wycofał się z projektu. Broniatowski ma nadzieję, że tym razem będzie inaczej. 

- Wydarzenia na Majdanie mogą przesądzić o sukcesie kanału, ale są też naszym problemem - przyznaje Broniatowski. Na placu w Kijowie i wszędzie tam, gdzie dochodzi do starć codziennie, 24-h na dobę stacjonują dwie ekipy z profesjonalnymi kamerami. W efekcie niemal połowa ze 108-osobowego zespołu pracuje tylko i wyłącznie przy relacjonowaniu protestów i starć na ulicach stolicy Ukrainy.

Kanał nadaje na satelicie Astra 4A - tak jak telewizja Biełsat - ale na podstawie licencji łotewskiej, bo nie dostał koncesji od ukraińskiego odpowiednika KRRiT.

To duży problem, bo brak lokalnej licencji powoduje, że nie możemy wejść do kablówek, a ogromna większość mieszkańców dużych miast ogląda telewizję w sieciach kablowych.

- Nadajemy też na żywo w sieci. W okresach najwyższego natężenia widownia przekracza 200 tys. osób - mówi Broniatowski.

Na wyświetlanych przy relacji na You Tube reklamach stacja zarabia grosze, dlatego stara się o zewnętrzne finansowanie, w postaci dotacji - Ustawiają się co prawda kolejki inwestorów, ale to na Ukrainie oznacza utratę niezależności. My jej nie chcemy stracić, ale przez to mamy kłopoty - mówi Broniatowski.

Dlatego złożyli kilkanaście wniosków z prośba o dofinansowanie - do UE, ale też innych instytucji, m.in. z USA.