Niektórzy już szykują dla niej "medialny tron" Moniki Olejnik, inni widzą w niej raczej Jerry'ego Springera w spódnicy. Prawica jej szczerze nie znosi, zarzucając Gozdyrze ignorancję, brak obiektywizmu, agresywność i serwowanie widzom tabloidowego show. Ale widownia jej programu w Polsat News i internetowa popularność rośnie.

- Krytykują mnie z miliona powodów. Bo jestem kobietą, bo jestem blondynką, bo nie boję się mówić, co myślę, bo idę w kontrze do konserwatywnej większości, a przede wszystkim dlatego, że nic sobie z tego nie robię, co strasznie ich denerwuje - mówi nam Gozdyra, filigranowa blondynka o subtelnej urodzie.

Kiedy zamiast szpilek i telewizyjnego uniformu zakłada koszulkę oraz trampki, przestaje pasować do kreowanego wizerunku zaciętej i pewnej swego pani z telewizji. Ale to tylko pozór, bo Gozdyra rzadko kiedy spuszcza z tonu.

Co ciekawe blondynką jest dopiero od kliku lat. Koledzy z radia pamiętają ją jeszcze jako szatynkę. I wspominają, że przezwisko "pierzasta", jakie nadał jej Cejrowski, przyjęło się po eksperymentach dziennikarki z trwałą.

Miłość "katoprawaka"

Mało kto wie, że to m.in. pod okiem Cejrowskiego Gozdyra wdrażała się do zawodu. Była współpracownicą pierwszego kowboja RP, który w Kolorze prowadził popularne weekendowe pasmo. 

- Nasze pierwsze spotkanie w radiu było starciem, bo mi się wepchnęła w program. Jakieś pomyłki w rezerwacji studia i w rezultacie ja nagrywam, a Gozdyra pcha się na mój fotel - wspomina Cejrowski. Nawarczeli na siebie, ale kłótnia szybko zaowocowało wieloletnią przyjaźnią. Cejrowski mówi nawet o szacunku i nieerotycznej miłości.

- Agnieszka pracowała za mną w radiu przez kilka następnych lat, kiedy prowadziłem poranne bloki. Nie musiała, ale lubiła przychodzić akurat do mnie. A ja nie musiałem jej zatrudniać, ale lubiłem tę małą wredną i konkretną osobę. Solidna firma i zawsze pomiędzy nami kupa śmiechu - dodaje.

Widać, że mimo skrajnie różnych poglądów bardzo ją ceni. I vice versa. Gozdyra przyznaje, że oddałaby królestwo za jego charyzmę. Cejrowski zaś podkreśla, że różnica poglądów stanowi wartość tej relacji. - Nudne są spotkania z osobami, z którymi nie ma sporu intelektualnego. Dlatego z Tomaszem Lisem spotkanie byłoby nudne i irytujące, gdyż on nie słucha i nie stosuje w rozmowie aktywnego intelektu, lecz utarte szablony do oceny osoby i treści. To samo robi Monika Olejnik. A Agnieszka Gozdyra słucha i myśli w trakcie rozmowy. Nie jest niewolnikiem wcześniej przygotowanej tezy na temat tego, kim jestem i co powiem - chwali ją Cejrowski.

Polonistka w Kolorze

Do dziennikarstwa Gozdyra trafiła przypadkiem. Jako dziecko co prawda bawiła się babcinym radiem - wciskała klawisze starego aparatu, udając, że jest spikerką, ale i tak bardziej marzyła wtedy o mundurze milicjantki niż o garsonce telewizyjnej prezenterki. Czytać uczyła się, podkradając ciotce kryminały. Jako nastolatka nie miała upatrzonego zawodu, poszła do liceum, a potem na polonistykę UW, której dziś nie najlepiej wspomina. - Nudne studia przeładowane lekturami - mówi. 

Na trzecim roku studiów, wykorzystując okienko w zajęciach, wybrały się z koleżanką do stacjonującego nieopodal uczelni Radia Kolor. Trafiły do Krzysztofa Materny, zapytały, czy mogą coś robić. - Zobaczymy, co z was będzie - odparł. I tak zaczęła się kariera Gozdyry. - Karierę to zrobiła Krystyna Janda, ja robię swoje - przerywa dziennikarka natychmiast, gdy pada to hasło.

W legendarnym Radiu Kolor pracowała przez 11 lat i przeszła tam niemal przez wszystkie szczeble. Od serwisanta odpowiedzialnego za redagowanie depesz PAP, po szefową newsów. 

W trakcie pracy w radiu miała też epizod szkolny. Przez 1,5 roku zastępowała znajomą polonistkę w jednym z warszawskich liceów. - Nie byłam typową nauczycielką. Traktowałam uczniów inaczej niż pozostali - wspomina Gozdyra. Rozmawiała z nimi nie tylko o lekturach, ale życiu, nazywała ich pieszczotliwie "podłe bachory". Koledzy z pokoju nauczycielskiego patrzyli na nią krzywym okiem. - Dwa lata po moim rozstaniu ze szkołą uczniowie zaprosili mnie na studniówkę. To miłe - mówi Gozdyra.

Znajomi z radia wspominają, że Gozdyra była tam językową purystką i wyrocznią. Pracownicy - gdy mieli problem ze składnią, czy odmianą - pielgrzymowali do niej po radę. Dziennikarka bacznie śledziła najnowsze opinie Rady Języka Polskiego.

Zanim wylądowała w "Życiu Warszawy" na stanowisku PR managera, zrobiła studia z Public Relations na SGH. - Wiem, że nigdy w życiu nie chcę wrócić do PR-u – dziś zapewnia.

- Od początku widać było w niej dziennikarską pasję - wspomina początki pracy Gozdyry Edward Mikołajczyk, współtwórca "Studia 2" w TVP, który pracował razem z nią w radiu.

Pierwsze telewizyjne kroki stawała w programie śniadaniowym w TVP. Przez sezon robiła magazyn konsumencki. Z ul. Woronicza 17, gdzie mieści się siedziba TVP, przeniosła się do Telewizji Biznes, a potem do Polsatu News.

- Lepiej się czuję w polityce, nie jestem zwierzęciem biznesowym, ale człowiek całe życie się dokształca, to nie boli - odpowiada na pytanie, czy nie bała się, że wyjdą na jaw jej braki w wiedzy ekonomicznej. Gdy w 2010 roku Polsat News promował nowe pasmo "To był dzień", Gozdyra razem z Bogusławem Chrabotą i Magdaleną Sakowską została jego twarzą.

Zażarcie na wizji

Od kwietnia zeszłego roku można ją oglądać w programie "Tak czy nie", który nazywa swoim ukochanym dzieckiem, poczętym wespół z Maciejem Stroińskim, drugim prowadzącym. Gozdyra podkreśla, że to autorski, przemyślany format. Program zadebiutował na początku kwietnia 2013 roku. I chwycił, a właściwie zażarł, jak ujmuje to sama dziennikarka, używając telewizyjnego slangu.

To słowo najlepiej oddaje cel jej publicystycznego show. Ma "zażreć", czytaj podgrzać atmosferę, zaciekawić, przykuć widza do telewizora i wywołać emocje - zarówno w studiu jak i przed telewizorem. Dlatego "Tak czy nie" ma szczególnie konfrontacyjny charakter.

Naprzeciwko siebie zasiadają ludzie ze skrajnie różnych środowisk, zamiast rozmawiać, nierzadko się kłócą. Gozdyra zaprasza nie tylko polityków, ale też przedstawicieli show-biznesu. To w jej programie wielokrotnie gościł Janusz Korwin-Mikke, a także m.in. Katarzyna Bratkowska, która ogłosiła, że w Wigilię dokona aborcji (naprzeciwko siedział Jacek Żalek), aktor Jarosław Jakimowicz, muzyk Paweł Kukiz, który z aktorką Anną Chodakowską snuł rozważania na temat wyborczej frekwencji, Krzysztof Skiba, Paweł "Konjo" Konnak czy Janusz Panasewicz z Lady Pank.

Ten ostatni razem z bokserem Dariuszem Michalczewskim - w roli ekspertów - debatowali nad zasadnością organizowania zimowych igrzysk w Krakowie.

Największym echem odbił się jednak odcinek, w którym naprzeciwko siebie usiedli Artur Zawisza, lider narodowców i transwestyta Rafalala. Program skończył się skandalem, bo Zawisza nazwał swoją interlokutorkę "męską dziwką", a prowadzącej zarzucił, że "robi burdel ze studia telewizyjnego". Rafalala w odpowiedzi oblała go wodą.

- Można zrobić kulturalną debatę: gdzie jeden z gości mówi “ma pan rację panie profesorze”, a drugi potakuje: “tak, ma pan jeszcze większą rację panie doktorze”. Ale to nie ten program. Naszym zamiarem jest pokazanie skrajnych punktów widzenia, chcemy też stawiać na inny zestaw gości niż u konkurencji - tłumaczy Gozdyra.

Przyznaje, że goście tacy jak Rafalala “żrą”, a więc zapewniają wysoką oglądalność, bo wzbudzają emocje, ale tak dramatycznego przebiegu zdarzeń w studio się nie spodziewała. - Gościłam bardziej skrajne zestawy i obywało się bez incydentów - dodaje i dla przykładu wymienia byłego polityka PiS, któremu zamordowano córkę. Zgodził się usiąść w studiu naprzeciwko więźnia po odsiadce, którego skazano za morderstwo. - To byli ludzie, których dzieli wszystko. Przeprowadzili jedną z bardziej kulturalnych i głębokich dyskusji - mówi.

Bokserka z Twittera

- Perfekcjonistka w każdym calu, nie znosi chały, i nie cierpi, gdy ktoś wytyka jej błędy, dlatego robi wszystko, żeby się ich ustrzec, bo bardzo źle reaguje na krytykę - mówi jej były współpracownik i dodaje, że Gozdyrze brakuje dystansu do siebie, jest przeczulona na swoim punkcie.

Potwierdza to poniekąd wzmożona aktywność dziennikarki w sieci - na Facebooku i Twitterze, gdzie ma ponad 9 tys. followersów. Gozdyra reaguje niemal na każdą zaczepkę, argumentuje, broni swojego zdania, a najczęściej atakuje. Nierzadko poniżej pasa.

Po pyskówce z blogerem Grzegorzem Wszołkiem, którego nazwała "siusiumajtkiem" i Pawłem Rybickim - do tablicy wywoływano rzecznika Polsatu. Ten tłumaczył, że dziennikarka musiała składać szczegółowe wyjaśnienia.

CZYTAJ WIĘCEJ: Gozdyra na Twitterze: Zainwestuj w antyperspirant>>>

- Były sytuacje, w których przegięłam i są rzeczy, których żałuję. Ale na szczęście wyciągam wnioski. Już wiem na przykład, że nie ma co wdawać się w zbędne dyskusje z ludźmi, którzy chcą cię sprowokować, obrazić i sprawić, że odpowiesz w podobny sposób, by potem krzyczeć na całe gardło, że ktoś był wobec nich chamski - tłumaczy Gozdyra. 

Dziennikarka twierdzi, że dzięki sieciowym szermierkom słownym wypracowała sobie twardą skórę. - Lata pracy w resorcie, jak mawia mój kolega. Proszę dodać, że to w cudzysłowie, bo zaraz powiedzą, że jestem agentką. Zresztą Cezary Gmyz już mi rodzinę sprawdzał - żartuje.

Wspomniany Gmyz, dziennikarz prawicowego tygodnika "Do Rzeczy" o warsztacie i wykształceniu Gozdyry nie ma najlepszego zdania. Mówi o "rażących brakach" i "lewactwie", które uniemożliwia Gozdyrze prowadzenie obiektywnej dyskusji w studio. Na Twitterze, gdzie przedstawia się, jako Cezary "Trotyl" Gmyz (od swojego słynnego tekstu w Rzeczpospolitej na temat śladów totylu na wraku tupolewa) nie przepuszcza okazji by wbić szpilę koleżance po fachu.

"Gozdi" wygrała internety

Denerwuje się, gdy pytamy, kto jest jej dziennikarskim wzorem. Monika Olejnik, do której tak często ją porównują? - Nie no błagam…- zżyma się i odpowiada: Nie ma takiej jednej osoby. Chciałabym czerpać z wielu ludzi, na przykład tych pracowitych, którzy wstają wcześnie, bo ja się lubię wysypiać. Ale jestem sobą - mówi.

Nie potrafi wymienić największego sukcesu zawodowego, a zapytana o największą zawodową wpadkę twierdzi, że po każdym programie ma do siebie pretensje.

Największym echem odbiła się jednak jej rozmowa z Januszem Korwin-Mikkem, w którym Gozdyra pytała, dlaczego Roman Dmowski i inni słynni narodowi liberałowie, wymieniani przez Korwina nie są Nowej Prawicy. Rozmówca był dla dziennikarki wyrozumiały, przemilczał fakt, że już nie żyją. Ale w sieci zawrzało. Dziennikarka dorobiła się łatki ignorantki. I stała się tematem żartów, nie tylko dla prawicowych publicystów. Posypały się prześmiewcze memy z "Gozdi" w roli głównej i hejterskie profile na Facebooku, moderowane przez sympatyków  Janusza Korwin-Mikkego.

Gozdyra broni się, że tak naprawdę pytanie dotyczyło tego, dlaczego takich ludzi jak Dmowski nie ma w KNP, ale fama poszła już w świat i nie pomogły nawet tłumaczenia samego Korwin-Mikkego.

- Wiem, że to pytanie, które cudownie się niektórym wpasowało w archetyp blondynki, będzie się za mną ciągnęło: To ta Gozdyra, która nie wie, że Dmowski nie żyje. Ja nie staram się biczować za długo. Jeśli ktoś się przywiąże do jakiejś opinii na mój temat, to im bardziej będę ją dementować, tym bardziej będzie mówił - winni się tłumaczą. Raczej staram się z tego nabijać - mówi dziennik.pl i śmieje się, gdy pytamy czy przeczytała w ramach pokuty "Myśli nowoczesnego Polaka".

Kociara

O swoim prywatnym życiu Gozdyra wspomina niewiele. Ci, którzy znają ją bliżej, twierdzą, że nie miała łatwego dzieciństwa. Jest pierwszą dziennikarką w rodzinie, jej rodzice wykonywali zawody techniczne. Tata pracował w FSO i - jak wspomina Gozdyra - był typowym chłopakiem z Czerniakowa. - Do końca życia mówił warszawskim akcentem “lyść”, a nie “liść”. Dodaje, że ma kompleks mamy, zjawiskowo pięknej blondynki.

- Rodzice od dawna nie żyją - ucina wszelkie pytania.

Jej matka zmarła na raka, zbyt późno go zdiagnozowano. To właśnie strach przed śmiertelną chorobą wpędził dziennikarkę w hipochondrię. - Agnieszka co tydzień wymyślała sobie nową chorobę, z kolejną odmianą raka włącznie. W prywatnym centrum medycznym, z którego korzystali dziennikarze radia, znali ją doskonale, potrafiła się tam pojawić kilka razy w miesiącu - twierdzi jeden z jej byłych współpracowników.

- Kiedyś było ze mną znacznie gorzej, ale potem się nieco ogarnęłam i uspokoiłam. Poza tym takie "jazdy" są obrazą dla ludzi naprawdę chorych. Trzeba po prostu robić profilaktyczne badania i nie rozczulać się za bardzo nad sobą. I tych badań bardzo pilnuję - przyznaje Gozdyra.

Rozluźnia się, gdy temat schodzi na koty. Gozdyra jest prawdziwą kociarą. Jej znajomi z radia wspominają, że gdy na terenie przyległym do siedziby radia rodziły się bezdomne kocięta - często chore i zapchlone, Gozdyra leczyła je za własne pieniądze. Sama inwestowała w szczepionki, doglądała kociąt i szukała im nowych właścicieli. Jeśli chętnych nie było wśród pracowników radia, to szukała ich wśród słuchaczy, angażowała się we wszystkie akcje na rzecz zwierząt, zrzucając na chwilę maskę pani redaktor, poważnej dziennikarki newsowej.

Gdyby nie dziennikarstwo, Gozdyra pracowałaby ze zwierzętami. Sama ma w domu trzy zwierzaki; dwóch dachowców oraz maine coona Tybalda, z którym nota bene niedawno wylądowała na zdjęciach w "Fakcie". Na pytanie, czy to ustawka, odesłała nas do pracowników biura prasowego Polsatu.

Ustawka czy też nie, to w sumie mało ważne. Kolejny krok do "dziennikarskiej celebry" został zaliczony. 

ZOBACZ TAKŻE: Gawryluk dla dziennik.pl: Często słyszę, że jestem gorsza, bo mam konserwatywne poglądy >>>