"Temperatura wciąż rośnie"
Rozmowy przed szczytem klimatycznym w Kopenhadze wchodzą w ostatnia fazę. Ale wciąż nie wiadomo, czy przyniosą jakiekolwiek rozstrzygnięcia - pisze w komentarzu dla "Dziennika Gazety Prawnej" Fiona Harley, publicystka "Financial Times".
- USA i Chiny razem w sprawie klimatu
- Tusk za 10 lat. Siwy, smutny i przeprasza
- Nowy rekord ciepła. Ostatni padł 62 lata temu
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Zjechali do Barcelony z różnych stolic. Grupa znużonych urzędników złożyła wczoraj swoje pękate teczki w kolejnym klimatyzowanym centrum konferencyjnym, gdzie ma się odbyć następna runda negocjacji w sprawie zmian klimatycznych.
Znają się świetnie, w końcu spotykają się co kilka miesięcy, począwszy od grudnia 2007 roku. Ich misja? Uzgodnić nowy globalny pakt, który pozwoli zapobiec światowemu ociepleniu. Dokument ma zostać podpisany na grudniowym szczycie w Kopenhadze.
Ci ludzie przez ostatnie 45 dni w teorii zastanawiali się, jak ocalić świat. Jednak przyziemna rzeczywistość wyglądała tak, że przebijali się przez prawie 200 stron tekstu najeżonego ponad tysiącem przypisów, klauzul i subklauzul, które muszą zostać zaakceptowane lub skreślone po godzinach sporów - czasem dotyczących kwestii tak banalnych, jak umieszczenie przecinka.
Nie ma planu B
Jeżeli rozmowy się załamią, świat nie ma innego planu na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Wiodący naukowcy ostrzegają, że może to w przyszłości doprowadzić do niszczących burz, powodzi, susz i upałów - słowem anomalii pogodowych, które mogą wywołać masowe migracje i konflikty. Jeżeli porozumienie zostanie zawarte, będzie wymagało transformacji niemal wszystkich sektorów globalnej gospodarki i na lata określi reakcję świata na zagrożenie zmianami klimatycznymi.
- Musimy uzyskać porozumienie polityczne - mówi Yvo de Boer, najwyższy rangą urzędnik ONZ ds. zmian klimatycznych i człowiek odpowiedzialny za doprowadzenie rozmów do szczęśliwego końca. I rzeczywiście, porozumienie wydaje się być o krok.
Jednak w każdych długoterminowych rozmowach - a te w różnych formach trwają od dwóch dziesięcioleci - zanim porozumienie zostanie osiągnięte, zdarzają się wzloty i upadki, i negocjatorzy świetnie o tym wiedzą. A zachowanie samego de Boera jest zazwyczaj dobrym wskaźnikiem, na jakim etapie tego szalonego biegu znajdują się negocjacje klimatyczne. W najgorszym momencie konferencji na Bali dwa lata temu, kiedy prezydent George W. Bush odmawiał porozumienia tak długo, aż został w końcu wygwizdany przez przedstawicieli państw rozwijających się, wydawało się, że de Boer popłacze się publicznie.
Jednak przed Barceloną - ostatnią formalną sesją poprzedzającą szczyt w stolicy Danii - de Boer wydaje się być spokojniejszy. - To może się udać - mówi, choć zarazem ostrzega: - O ile tylko w Kopenhadze nikt nie przeszarżuje, nie będzie próbował osiągnąć więcej, niż to politycznie możliwe.
Postępowi w jednych kwestiach towarzyszy regres w drugich, a argumenty, które, jak się wydawało, zostały definitywnie odłożone, wracają za pięć dwunasta. - Ostateczny wynik będzie zależny od równowagi sił. Jeszcze jej nie osiągnęliśmy - przyznaje w rzadkich momentach przygnębienia Ed Miliband, optymistyczny zazwyczaj brytyjski minister ds. energii.
Punkty sporne
W ostatnich miesiącach irytacja z powodu impasu skupiała się przede wszystkim na USA, gdzie boje o reformę opieki zdrowotnej nie pozwalały Kongresowi zająć się kwestią klimatu. Ponieważ administracja prezydenta Baracka Obamy nie miała czasu, by przygotować ustawę zwaną „ograniczaj i handluj” w kwestii emisji dwutlenku węgla, USA pozostały bez wyraźnych wewnętrznych deklaracji w sprawie ograniczenia emisji i pieniędzy, które mogłyby zaoferować biednym krajom.
Czytaj więcej...


























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!