Dziennik.plOpinie

Wtorek, 22 maja 2012

Imieniny: Heleny, Wiesławy, Romy

"Plan Balcerowicza? Już dziękujemy"

2009-12-28 | Ostatnia aktualizacja: 21:08 | Komentarze: 0 | skomentuj

Kryzys gospodarczy 2009 r. to rzeczywisty koniec transformacji. Osiągnęliśmy moment przełomowy. Europa Środkowo-Wschodnia musi wymyślić siebie na nowo - przekonuje w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" Ivan Krastev, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Anna Masłoń: Jak odbierano w Bułgarii przełomowe dla Polski wydarzenia 1989 roku i początek transformacji Europy Wschodniej?

Ivan Krastev*: W 1989 r. Bułgaria była wciąż silnie związana ze Związkiem Radzieckim. Przemiany w innych krajach regionu odbieraliśmy przez pryzmat tego, jaka może być reakcja Moskwy. Zmiana nastąpiła w 1990 r. Wtedy Bułgaria pozbyła się sowietocentrycznego myślenia o rozwoju politycznym. Podczas rozmów bułgarskiego okrągłego stołu w szeregach opozycji znajdowali się doradcy z Polski. Przełomem było odejście Todora Żivkova 10 listopada 1990 r., dzień po upadku muru berlińskiego. Tego dnia poszliśmy do restauracji na uniwersytecie w Sofii. Był z nami jeden z najsłynniejszych dysydentów, późniejszy prezydent Bułgarii Zhelvu Zhelev. Pamiętam, że zwracał się do nas: „Jesteście młodzi, dożyjecie końca komunizmu”. Te słowa padły na 9 miesięcy przed tym, jak Zhelev został prezydentem. Ta anegdota pokazuje jak niepowtarzalne było wówczas nasze poczucie czasu. Coś, co wydawało się niemożliwe w poniedziałek, stawało się oczywistością we wtorek.

Szybkość zmian w polityce i gospodarce Polacy odczuli na własnej skórze, gdy wszedł w życie plan Balcerowicza. Patrzył pan na nie z zazdrością czy krytycznie?

Stosunek do reform w Polsce dzielił opozycję na dwa obozy. Jedni, podchodząc do sprawy realistycznie twierdzali, że Bułgaria to nie Polska. Polska miała za sobą doświadczenie roku 1980, działanie wielomilionowej „Solidarności”. W Bułgarii opozycja narodziła się tak naprawdę dopiero po zmianie systemu. W Polsce podczas rozmów Okrągłego Stołu negocjowały dwie strony, w Bułgarii okrągły stół był niejako narządziem do ich stworzenia. Ludzie, którzy brali w nim udział wahali się pomiędzy stroną rządową a opozycyjną. Bułgaria nie była Węgrami z doświadczeniem roku 1956 czy Czechosłowacją po 1968 r.

Byli tacy, którzy widzieli polski model przemian jako wzór do naśladowania?

Radykalna opozycja myślała po polsku - i nie chodzi bynajmniej o to, że sprawnie posługiwała się językiem polskim, choć w tamtym czasie inteligencja uczyła się go w geście lojalności wobec „Solidarności”. Myślenie po polsku oznaczało próby przenoszenia polskich doświadczeń na grunt bułgarski. Ten model był atrakcyjny, zwłaszcza dla reformatorskiej frakcji komunistów, którzy doszli do władzy, gdy opozycja weszła do parlamentu. W rozważaniu, czy dla kraju lepsza jest terapia szokowa, czy stopniowy rozwój, reformatorzy wśród komunistów zawsze byli po stronie Balcerowicza. Ale zwolennicy jego planu reform byli też po stronie antykomunistów. Ivan Kostov, współtwórca radykalnej reformy gospodarczej, minister finansów, a później premier Bułgarii, w artykule opublikowanym w 1990 r. w najpoczytniejszej bułgarskiej gazecie głosił pochwałę planu Balcerowicza.

Może Bułgaria nie potrzebowała terapii szokowej?

Patrząc na standard życia w Bułgarii, mogło się wydawać, że dzieje się u nas lepiej niż w Polsce. Żyliśmy z zagranicznych kredytów, których nikt nie spłacał. Do czasu. Zimą 1990 r. mieliśmy potężny kryzys, a w styczniu 1991 r. rząd koalicyjny, utworzony po wejściu do parlamentu opozycji, poważnie rozważał skorzystanie z planu Balcerowicza.

W jaki sposób ten plan był postrzegany w innych krajach regionu?

Krytycyzm wobec radykalnych reform wynikał w dużej mierze z tego, że próba gospodarczego przeobrażenia nie powiodła się w Rosji. Pojawiły się oskarżenia, że terapia szokowa jest tak naprawdę tylko szokiem, ale nie terapią.

Pod koniec lat 90., dziesięć lat po rozpoczęciu transformacji, miała miejsce wielka debata na temat tego, które kraje lepiej dają sobie radę w wolnorynkowych realiach.

Te, które postawiły na radykalne reformy czy te, które zdecydowały się na stopniowe zmiany. Na tle regionu wyróżniały się dwa kraje: Polska, która była sztandarowym przykładem zastosowania terapii szokowej i Słowenia, która obrała drogę stopniowego dostosowywania swojej gospodarki do prawideł wolnego rynku. Okazało się, że najważniejsze dla odniesienia sukcesu w przestawieniu gospodarki z centralnie planowanej na wolnorynkową jest nie tyle sposób wprowadzania zmian, ale konsekwentne jego utrzymywanie. Nieszczęściem Bułgarii było to, że w 1991 r. zaczęliśmy od czegoś, co przypominało reformę Balcerowicza, by po przegranych przez opozycję wyborach odejść od radykalnych reform i zwrócić się ku powolnemu przeobrażaniu gospodarki. W 1997 r. przerażeni hiperinflacją wróciliśmy do planu Balcerowicza, choć z zupełnie innych niż na początku lat 90. pozycji.

Jak pan ocenia sensowność tych rozwiązań dziś, po 20 latach?

20 lat temu politycy i ekonomiści uważali, że wprowadzanie demokracji i reform rynkowych jednocześnie jest niemożliwe. Najpierw należy się zająć polityczną mobilizacją społeczeństwa, umacnianiem demokracji, w przeciwnym razie reformy gospodarcze nigdy nie wypalą. W Polsce Balcerowicz zaproponował wprowadzenie reform na bardzo wczesnym etapie rozwoju demokracji. I dlatego teraz, dwadzieścia lat później możemy mówić o podwójnej - politycznej i gospodarczej - transformacji.

Czytaj dalej...

rozmawiała Anna Masłoń
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

«