Toteż miejsce przepychania zajęło wzajemne przepuszczanie się. Premier Tusk zaczął wysyłać na unijny szczyt prezydenta. "Nie, nie, pan pierwszy, Donaldzie" - odpowiadał Lech Kaczyński. Stanęło na chwilowym kompromisie: pojedzie głowa państwa.

Można było przypuszczać, że Tusk postawi na odprężenie przynajmniej do czasu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, aby mieć więcej siły na innych polach. A może doszedł do wniosku, że niepewny na gruncie międzynarodowym prezydent nie będzie miał wyboru, jak tylko prezentować racje rządu. A może wręcz należało sądzić, że Tusk zauważył przewrotność całego sporu. Przecież za dwa lata on może być prezydentem. I wtedy możliwość rozpychania się w sprawach międzynarodowych mogłaby mu się przydać.

Wygląda jednak na to, że rząd odpuścić nie zamierza już najbliższego wyjazdu, choć tym razem walka nie będzie się toczyła o samolot, a o tak zwaną instrukcję pisaną, mimo że formalnych negocjacji na szczycie nie ma. Prezydent zadania nie ułatwia – wywalczył sobie łokciami pozycję, więc uzgadnianie z nim jednego stanowiska nie jest łatwe. Wspólna deklaracja Kaczyńskiego z prezydentem Litwy, nawet jeśli nie wywraca naszej polityki zagranicznej, jest aktem dwuznacznym – rząd nic o niej nie wiedział.

Ale też i sam Tusk nie zamierza ułatwiać zadania Kaczyńskiemu. Skoro pisze dla niego z szefem MSZ instrukcję wykraczającą poza tematy szczytu... Jeśli dopisać do niej traktat lizboński, to dlaczego nie podatek liniowy albo wybór posła Palikota na prezydenta Europy?

Nadal uważam, że Tusk ma rację w ustrojowym sporze z Kaczyńskim. Udział w unijnych szczytach jest prowadzeniem polityki zagranicznej, a ta należy do rządu. Nie zmienia to faktu, że premier tę rundę przegrał. Mogę zrozumieć jego rozżalenie i chęć dalszej obrony uprawnień. W ostatecznym rozrachunku Kaczyński, jeżdżąc za granicę, staje się dla Polaków symbolicznym zwierzchnikiem dyplomacji, nawet gdyby wygłaszał teksty pisane mu przez rządowych urzędników..

Ale chciałoby się podpowiedzieć Tuskowi: mądrzej. Co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy jest praktyczny. Nie mam wrażenia, żeby wojna szarpana była skuteczną metodą na prezydenta. Jej fiasko widzieliśmy przy okazji wyścigu do krzesła z Brukseli. Niestety, jeśli premier chce zniechęcić prezydenta do uprawiania polityki zagranicznej, musi poszukać rozwiązań systemowych, nawet jeśli są bardziej żmudne. Przepuszczanie kogoś przez drzwi, by podstawić mu nogę, ani nie jest estetyczne, ani skuteczne.

Ale jest i powód drugi. Gdy komentatorzy biadali nad skutkami tamtej bijatyki dla naszego międzynarodowego wizerunku, uważałem to za przesadę. Świat niewiele to obchodziło. Ale wysyłanie nielubianego polityka za granicę i podważanie jego mandatu to zła droga. My, Polacy, wszyscy dość słabo obeznani z europejskimi instytucjami, musimy mówić jednym głosem. To także uwaga do prezydenta. Nawet jeśli dziś czuje się zwycięzcą. Skoro potrafił mówić z Tuskiem jednym głosem w obliczu kryzysu finansowego, powinien sie zastanowić, czy wyrywanie dla siebie kawałków władzy nad dyplomacją służy Polsce, czy komuś innemu. Nawet jeśli cel: wspólne z Litwą przeciwdziałanie rosyjskim zakusom, jawi się jako szczytny.

Tyle że rząd ma bardziej z czego rezygnować, bo posiada tysiące sposobów, aby to jego stanowisko znalazło się w unijnych protokołach. Tusk ma prawo starać się, aby prezydent na szczyty w przyszłości nie jeździł. Ale dziś powinien zacisnąć zęby. Bo kakofonię w naszej polityce zagranicznej ktoś wykorzysta przeciw nam.