Barack Obama ma pozornie łatwe zadanie na Biskim Wschodzie. Łatwe, ponieważ po George'u Bushu nie może być już gorzej. Dobrze się stało, że w wywiadzie dla arabskiej telewizji prezydent oznajmił, iż Ameryka nie chce już narzucać swoich rozwiązań w tej części świata. Z drugiej strony, potwierdził jednak szczególną troskę Waszyngtonu o Izrael. Deklaracje to jedno, rzeczywistość drugie. Gdyby w trakcie swojej kadencji zdołał przekonać muzułmanów, że traktuje ich na równi z żydami, dokonałby przełomu na miarę stulecia.

Pokój w Palestynie? "Yes we can". Potrzebna jest jednak do tego odwaga, by przełamać stereotypy. Ameryka stawiała na Izrael, jako jedyną demokratyczną siłę na Bliskim Wschodzie. Pompowała w ten kraj pomoc wojskową na poziomie miliarda dolarów rocznie. Stawała tym samym za jedną ze stron konfliktu. Wskazywała palcem, kto jest tym "dobrym", a kto "złym". Taka polityka nie mogła zdobyć uznania muzułmanów. Nie musiało tak być. Nic nie zmusza Stanów Zjednoczonych do brnięcia w tę ślepą uliczkę. Kontynuacja takiej polityki jest nie tylko moralnie naganna, jest - co ważniejsze - kontrproduktywna.

Izrael nigdy nie stanie się rozsadnikiem demokracji na Bliskim Wschodzie, wzorem do naśladowania. To wyobcowana wyspa, skazana być może na zatonięcie, jak sugeruje Jimmy Carter - polityk, którego trudno posądzić o sympatie dla Al-Kaidy bądź Hamasu. Radykałowie jeszcze nie zdobyli rządu dusz w tej części świata.