Polska uprawia na gigantyczną skalę gadulstwo o potrzebie energetycznego uniezależnienia się do Rosji, co jak dotąd nie prowadzi do praktycznych rezultatów. To niestety jest z jednej strony argument na rzecz najbardziej obrzydłego stereotypu polskości. Ale z drugiej - wystarczające uzasadnienie dla weneckiej taktyki Tuska. Za chwilę znów czekają nas kolejne negocjacje z Gazpromem nad nowym kontraktem gazowym. I choć brak definitywnego sukcesu Rosji w wojnie gazowej z Kijowem oraz zjazd cen gazu tworzą mniejsze niż jeszcze niedawno pole dla rosyjskiej presji, z tym mało obliczalnym partnerem lepiej zawsze na zimne dmuchać.

A przecież nie ma w zasadzie takiego pola, na którym Polska nie miałaby dziś otwartego konfliktu z Rosją: Ukraina i Gruzja, North Stream i Nabucco, tarcza i Patrioty. Uff! W takich warunkach Tusk w roli doży przemawiającego do okrutnego sułtana o wyższości handlu nad polityką i mądrości zwykłych ludzi pragnących dobrosąsiedztwa wygląda na figurę całkiem przebiegłą. Nawet jeśli jego frazesy budzą ironiczny uśmiech na sułtańskim obliczu. Dlatego rzucone przez Putina Tuskowi zapewnienie : "szybko rozwiążemy problem" daje - mimo swej ograniczonej wartości - jakiś odrobinę twardszy grunt do startu przyszłym polskim gazowym negocjatorom.

Zupełnie inaczej mają się sprawy z kwestią militarnego bezpieczeństwa. Dzieją się one całkowicie ponad naszymi głowami, a Tusk nie ma instrumentów, nie tylko by wpłynąć na postawę Putina, ale nawet aby uzyskać informacje. W gruncie rzeczy mało wiemy o podejmowanych teraz w Moskwie i Waszyngtonie próbach doprowadzenia do Grand Bargain, jak mówią w Ameryce, czyli wielkiego rosyjsko-amerykańskiego interesu na polu bezpieczeństwa. Nie jest tajemnicą, że Kreml zabiega o trzy sprawy. O nowy układ START, który zmusiłby Amerykanów do spowolnienia w wyścigu zbrojeń nuklearnych, za którym Rosja nie ma szans nadążyć. O porzucenie w Waszyngtonie mrzonek o bezpieczeństwie dawnych republik sowieckich, z Gruzją i Ukrainą na czele. I o rezygnację z tarczy antyrakietowej, a zwłaszcza z umów o rozlokowaniu radarów i antyrakiet w Czechach i Polsce. Tu leży źródło wycofania gróźb o dyslokacji rakiet krótkiego zasięgu koło Królewca. Występowanie z nieoczekiwanymi groźbami i przedstawianie wycofywania się z nich jako istotnych koncesji - jest jednym z ulubionych i dobrze znanych tricków rosyjskiej dyplomacji.

Jeśli więc premier Tusk ma wrażenie po spotkaniu z Putinem, że nie ma on wcale ochoty na instalowanie nowych rakiet , to - wbrew pozorom - nie jest to dobra wiadomość dla bezpieczeństwa Polski. Unaocznia bowiem, że starania o Grand Bargain z Ameryką Obamy weszły w fazę realizacji. I choć Waszyngton na razie przestrzega reguły absolutnego milczenia, trudno być spokojnym, gdy partnerem owego interesu ma być przywódca o tak nieokreślonych intencjach i przekonaniach jak prezydent Obama. Póki był Bush ze swoimi neokonserwatystami - wiadomo było przynajmniej, jakie są granice amerykańskiego kompromisu.

W końcu zwraca uwagę jeszcze jedna uwaga Tuska poczyniona do polskich dziennikarzy po rozmowie z Putinem. Że projekt rurociągu bałtyckiego jest "coraz bardziej odłożony w przyszłość". Jest to konkluzja otwarcie sprzeczna z jednoznacznymi deklaracjami pani kanclerz Merkel i premiera Putina, czynionymi dopiero co w Berlinie. Czynionymi - co prawda - w atmosferze markotnego wzajemnego niezadowolenia z siebie obu partnerów. Pytanie brzmi: czy Tusk robi dobrą minę do złej gry? Czy też w rozmowie z Putinem pojawiła się wizja lądowej alternatywy dla North Streamu? Szkoda, że w takich sytuacjach dziennikarze nie zadają istotnych pytań!