Przemysław Gosiewski jest upragnionym oponentem dla każdego, kto chce zabłysnąć. Toporny, posługujący się nowomową. Niezbyt popularny, zwłaszcza jako postać, która zbyt często pcha się do mediów. Zaliczający takie grube wpadki, jak ta z potępianiem za zbyt niskie alimenty dawnego partyjnego towarzysza Ludwika Dorna, gdy samemu ma się na koncie podobne porozwodowe kłopoty.

Gdy więc do ataku na Gosiewskiego rusza niepozbawiony medialnych talentów biznesmen Marek Goliszewski, ma wizerunkowy sukces w kieszeni. Pytanie tylko, czy Goliszewski ma także rację.

>> przeczytaj list Goliszewskiego

Poszło o to, że szef klubu PiS broniąc zasady finansowania partii politycznych z budżetu, zagrożonej przez oszczędnościowe pomysły PO przestrzegł, że jeśli politykę będą finansować wyłącznie podmioty prywatne, biznes spróbuje ustawiać przetargi i uzyskiwać inne korzyści w zmian za datki dla polityków. Goliszewski zapałał świętym oburzeniem. Oskarżył posła PiS, że traktuje biznesmenów jak kiedyś antysemici Żydów. Że czyni z nich przedmiot podejrzeń, uprzedzeń i spiskowych teorii.

Kłopot w tym, że choć Gosiewski używa może zbyt dosadnego czy siermiężnego języka, mówi to, co powtarzają i politycy w wielu państwach zachodnich, i organizacje zajmujące się zwalczaniem korupcji. Problem wspierania polityki przez biznes w zamian za korupcyjne i quasikorupcyjne usługi stawał się na przestrzeni ostatnich dziesiątków lat tematem wielu głośnych afer - że przypomnę przypadek zwichnięcia politycznej kariery Helmuta Kohla. Nie jest to wymysł Gosiewskiego. Było wielu przedsiębiorców, którzy naprawdę zawierali brudne układy ze światem polityki - od USA po Rosję. Dlaczego w Polsce miało by być inaczej?

Inaczej niż Gosiewski, jestem średnim wielbicielem tak wielkich dotacji do polityki, jakie obowiązują dziś w Polsce. Ustanowiono je w wielu państwach zachodnich, a przecież nie zapobiegły korupcyjnym pokusom - by raz jeszcze siegnąć po przyklad Niemiec. W Polsce te dotacje wspierają coraz bardziej bezduszne, odporne na konkurencję, wodzowskie, partyjne machiny, które przeznaczają publiczne środki na reklamę, ale już nie na ekspertów i think tanki.

O tym warto dyskutować. Ale nie warto wytwarzać wrażenia, jakby sama wzmianka o korupcyjnym styku polityki z biznesem była czymś nieprzyzwoitym. To normalna patologia przed którą demokracje powinny się bronić. Jak naruszanie przepisów ruchu drogowego. Fakt, że takie przepisy obowiązują, wcale nie obraża wszystkich kierowców.