Lech Kaczyński jest za utrzymaniem dotowania partii. To rzecz znana od dawna. I nie skandaliczna, bo prezydent przekonująco potrafi uzasadnić swoje zdanie. W ostatnim wywiadzie dla Polskiego Radia ostro skrytykował zakusy na budżetowe wsparcie dla partii: - Platforma próbuje w ten sposób budować Rzeczpospolitą dla bogatych.

Prezydent ma prawo krytykować za to PO, ale akurat ten język raczej służy krytykowanemu niż krytykującemu. Nie jest bowiem tak, że Platforma zupełnie nie ma żadnych argumentów za sobą. Ponadto - jeśli ma nawet złe intencje, by zoligarchizować polską demokrację, to jednak trudno byłoby to udowodnić. Ten zarzut można zakwalifikować do tych elementów debaty, które ją zaostrzają, ale nie prowadzą do precyzji. Bo prezydent mówił jeszcze i takie rzeczy: - Stu przeciętnych obywateli nie da partiom dziesiątej części tego, co jeden bogaty biznesmen.

Ta wypowiedź, choć brzmi równie ostro, jest jednak bardziej precyzyjnym zarzutem. I w tym właśnie rzecz. Politycy PO - oprócz hasła, by oszczędzać - wskazują na wady budżetowego finansowania partii politycznych. Twierdzą, że krzywdzi to podatników, bo wyciąga im dodatkowe pieniądze z kieszeni - by opłacać jakichś niepopularnych partyjnych bonzów. Brzmi to nieźle, tak jak zresztą wszystkie hasła populistyczne.

W latach 90. partie utrzymywały się z dotacji. Nie wiemy dokładnie, jaki wpływ na ich działania mieli najbogatsi przedsiębiorcy. Na zdrowy rozum wydaje się jednak dziwne, gdyby nikt z nich nie chciał skorzystać z siły swoich pieniędzy. Dość jednak dokładnie wiadomo, co działo się z tzw. cegiełkami. Tu nie ma nikt wątpliwości, że transparentność tego rodzaju finansowania była kompletną fikcją. A właściwie wielkim szwindlem.

Wygląda na to, że dzisiejsze finansowanie partii politycznych z budżetu jest źródłem wielu patologii. Jednak jego likwidacja - jesteśmy bliscy pewności - narodzi jeszcze większe patologie. Trawestując znane powiedzenie - to leczenie grypy cholerą.