Być może rzeczywiście jest tak, że prezes IPN miał lub ma romans z dziennikarką "Gazety Polskiej" Katarzyną Hejke. Zdarza się. Na razie jednak większość osób będących blisko tej sprawy twierdzi, że niczego takiego nie było. . Będący zresztą w trakcie rozwodu i bardzo ostrego konfliktu ze swoją małżonką.
Tyle fakty. Sprawa - bolesna dla bezpośrednio zainteresowanych - jest jednak dla szerszej opinii żenującą historią rodem z magla. .
Tak zrobił DZIENNIK. Porozmawiał i z Krzysztofem Hejke i z Katarzyną Hejke. To nic nadzwyczajnego, takie jest abecadło zawodu. Od niego odstępuje się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Np. gdy nie udało się skontaktować z jedną ze stron. Wtedy media skrupulatnie o tym informują, by nie być posądzonymi o stronniczość. Albo odwrotnie - odstępuje się wtedy, gdy się jest świadomym uczestnikiem sporu. To wprawdzie patologia, która jednak się zdarza, gdy jakaś gazeta czegoś strasznie nie lubi.
Np. tak jak "Gazeta Wyborcza" Instytutu Pamięci Narodowej. Wtedy można napisać o romansie, niemal tak jakby było się jego pewnym. Dać głos tylko jednej stronie. Nie zadzwonić do kogoś, kto podważy wygodną tezę. Zamieścić (na internetowym wydaniu) zdjęcie Kurtyki i pani Hejke. Bez żadnej informacji, gdzie i w jakich okolicznościach je zrobiono. Manipulacja? Ależ skąd. Gazeta, której nie jest wszystko jedno, nigdy nie manipuluje.
Może i Kurtyka jest winny. Tylko, że za dużo grzechów na raz mu się wytyka. Wtedy człowiek traci wiarę w to, że to przypadek. A skandal obyczajowy? . Zostaje więc rozporek. No i jeszcze może zarzut pedofilii. .
A tak zamiast puenty: śp. ksiądz Tischner mawiał, że są księża i księżyska. Widać, że są też gazety i ...