Jeden żołnierz zabity, czterech rannych - to bilans największej, do tej pory, wymiany ognia między polskim wojskiem a talibami. Opinia publiczna zrozumiała już, że posłaliśmy je tam na wojnę, a nie misję stabilizacyjną. Czas, by dostrzegła także, iż jest to tłumienie rebelii, nie zaś szlachetna walka z terroryzmem. W wojnie partyzanckiej zdarza się mordować oraz tracić ludzi w zasadzkach. Pierwszego doświadczyliśmy w Nangar Khel, drugiego teraz. Wojsko Polskie przestało być nieopierzonym beniaminkiem na arenie światowych potyczek. Stało się dojrzałym wojownikiem.

Taki zaś szanuje wroga za bohaterstwo lub przemyślność. Krytycy tymczasem rzadko biorą pod uwagę, że W Afganistanie nie mamy do czynienia z bezmyślną hordą, ale inteligentnym przeciwnikiem. Braki w uzbrojeniu nadrabia on pomysłowością. Dlatego choćby polsko - afgański patrol stosował wszelkie procedury i tak byłby narażony na atak. Dlatego pewnego dnia Dowództwo Operacyjne prześle do mediów komunikat, że talibowie zniszczyli naszego rosomaka z ludźmi w środku. Dotychczas udaje się im tylko uszkodzić "zielone czołgi", ciągle jednak, dzień po dniu, szukają sposobu, by się do nich dobrać. I znajdą go. Takie jest prawo wojny.

Tej bitwy nie można było uniknąć. Nie mają racji, ci którzy wytykają politykom złe przygotowanie i wyposażenie armii lub wojsku stosowanie błędnej taktyki. Na wojnie żołnierze zabijają i giną. Ot, bolesna oczywistość. Nasze siły w Afganistanie są wyposażone dobrze, tworzą je doświadczeni żołnierze, dowództwo stosuje rozsądną taktykę. Nie naraża żołnierzy na niepotrzebne ryzyko. To przeciwnik jest trudny i coraz silniejszy. Nie tylko doskonali techniki walki, ale zdobywa też przychylność lokalnej ludności. Niezależne badania pokazują, że w prowincji Ghazni, z którą odpowiadają Polacy, zdecydowana większości Pasztunów popiera talibów lub przynajmniej życzliwie reaguje na ich propagandę. Rebelianci nie muszą stosować terroru, by kontrolować całe dystrykty. Rok temu jechałem przez Ghazni w konwoju afgańskich sił specjalnych. Nie widziałem ani jednej życzliwej twarzy. Być może nie zawsze jest tak źle, może inni mają lepsze doświadczenia, ale nie łudźmy się - nie kochają nas tam.

Szkolenie afgańskiego wojska niewiele pomoże w zmianie tego stanu rzeczy. W swojej przemyślności rząd Hamida Karzaja bowiem rzuca na ziemie pasztuńskie odziały złożone z Tadżyków, Uzbeków i Hazarów. Często żołnierze nie potrafią nawet porozumieć się z wieśniakami. Oni mówią w dari, a niewykształceni mieszkańcy wsi w paszto. Wojsko, tak, jak Polacy, potrzebuje tłumacza, by się w ogóle dogadać. Czemu Pasztuni z Ghazni mieliby mu zaufać? Czemu mają ufać Polakom?

Trafiliśmy na przeciwnika, który umie i lubi walczyć. Zginą kolejni nasi żołnierze w kolejnych zasadzkach. Czy na pewno jesteśmy na to gotowi? Dojrzały wojownik nie zada takiego pytania, będzie robił swoje, choćby nawet stracił wiarę w sens wojny. A ona będzie trwała długie lata, aż umęczy wszystkich tak bardzo, że NATO wycofa swoje oddziały. Szacunek dla tego, kto będzie wówczas pamiętał po co w ogóle Polska ją toczyła.