Prokuratura w sprawie Krzysztofa Olewnika przegrała wczoraj ważną bitwę. Czy przegrała całą wojnę? Jeszcze nie.

Jacek Krupiński, były wspólnik Olewnika, a dla prokuratury kluczowa postać śledztwa, wyszedł z aresztu na wolność. Sądy dwóch instancji uznały, że nie ma mocnych dowodów na jego udział w porwaniu. Kilka dni temu, po decyzji pierwszej instancji, zadzwonił do naszej redakcji ojciec Krzysztofa, Włodzimierz Olewnik. – A jakie dowody byłyby mocne? Może dymiąca strzelba albo ręka trzymająca pistolet po ośmiu latach? – mówił rozgoryczony. Takich dowodów w tej historii pewnie nie będzie, zbyt wiele lat minęło, zbyt długo śledztwo było sprowadzane na manowce. Zatrzymanie Krupińskiego w lutym było przez prokuratorów, polityków, wreszcie pełnomocników rodziny Olewników przedstawiane jako przełom w tej mrocznej, tajemniczej sprawie. Dziś jak na dłoni widać, że przełomu nie ma. Są strzępy informacji, porwane wątki. Krupiński zdjął wczoraj pomarańczowy drelich dla niebezpiecznego aresztanta i wrócił do domu. Mógł to zrobić, bo tak zdecydowały niezawisłe sądy. Nie pozostaje nic innego, jak respektować tę decyzję. Wczorajsze słowa sędzi Małgorzaty Mojkowskiej (znanej m.in. z procesu lustracyjnego Zyty Gilowskiej) były jak zimny prysznic dla prokuratorów. Sędzia mówiła, że śledczy nie przedstawili przekonujących dowodów, które wskazałyby na popełnienie przestępstw przez Krupińskiego. Wytknęła, że prokuratorzy przyszli do sądu z tymi samymi dowodami, a właściwie poszlakami, co trzy miesiące temu. Po kolei chłodno rozprawiała się z argumentami prokuratury, które do tej pory uważano za „mocne dowody”.

Z drugiej strony powiedzmy sobie wprost – wyjście Krupińskiego nie oznacza, że ktoś zdjął z niego zarzuty. Nadal jest podejrzany o bardzo poważne przestępstwa. Decyzję obu sądów rozumiem również jako sygnał dla prokuratorów – macie za mało, żeby przygotować akt oskarżenia i iść z nim do sądu. Dla mnie rola Krupińskiego w dramacie pozostaje tajemnicza, dwuznaczna, niejasna. Ale czy to uzasadnia przetrzymywanie go w areszcie? Niesłychanie trudno wyważyć racje. Trzeba byłoby mieć dostęp do szczegółowych akt, a takiego, co oczywiste, dziennikarze nie mają.

Prokurator Zbigniew Niemczyk odpowiedzialny za to śledztwo studził wczoraj emocje. Mówił, byśmy nie spodziewali się co kilka dni rewelacji przy wątku, który latami był zaniedbywany przez poprzednie ekipy śledcze. Jasno powiedział, że prokuratura nadal będzie szła tropem Krupińskiego. Dymiącej strzelby na dowód przestępstwa raczej nie znajdzie, ale do końca nie wykluczałbym, że trafi na nowe informacje. Wczoraj na przykład sędzia Mojkowska ujawniła, że do wątku związanego z Krupińskim prokuratorzy zamierzają przesłuchać aż 27 osób związanych ze środowiskami przestępczymi. Zobaczymy, ile prokuratorzy będą mieli po tych przesłuchaniach.

Skoro czekamy na wyjaśnienie tej sprawy od blisko ośmiu lat, to nic się nie stanie, jeśli poczekamy jeszcze kilka miesięcy.