Jeśli więc ktoś liczył na to, że w kampanii wyborczej pretendenci do władzy będą prześcigać się w prezentowaniu recept reformujących finanse publiczne, to wykazał się sporą polityczną naiwnością. Stan kasy państwa nie stał się przedmiotem przedwyborczej debaty. Kolejne kryzysy – grecki, włoski – naszych polityków nie przerażają. Nie widzą więc powodów, by proponować rozwiązania czyniące Polskę bardziej odporną na zawirowania zewnętrzne. Odwrotnie, wszyscy prześcigają się w tym, kto da więcej.

SLD chce zdobywać głosy pod hasłem „zdrowie to nie towar, szpital to nie fabryka”. Z pewnością się spodoba i to nie tylko emerytom, choć im najbardziej. Lewica obiecuje, że oczywiście, kiedy tylko dojdzie do władzy, poprawi sytuację materialną pacjentów, którzy coraz więcej muszą wydawać na leki. Każdy, kto przedstawi rachunki z apteki na więcej niż 500 zł rocznie, dostanie zwrot pieniędzy. To nie wszystko. Ponieważ zdrowie to nie towar, więc nawet nie wypada liczyć, ile kosztuje jego ratowanie. Na świadczenia bezpośrednio służące ratowaniu życia i zdrowia zniesione zostaną limity. Z jakich nowych podatków SLD to sfinansuje? Nie wiadomo.

Nie mówi tego także Prawo i Sprawiedliwość, obiecując wzrost wydatków na służbę zdrowia do 6 proc. PKB. Leczenie ma kosztować mniej tylko dlatego, że po dojściu PiS do władzy zlikwidowany zostanie NFZ. Za świadczenia mają płacić wojewodowie. Skąd wezmą pieniądze? Ze zmiany szyldów ich nie przybędzie. Tak jak nie przybyło, gdy SLD likwidował kasy chorych, żeby powołać Narodowy Fundusz Zdrowia. Gdy NFZ zostanie podzielony administracyjnie, też nie będzie lepiej. Żadna konkurencja się z tego nie narodzi (monopolistę centralnego zastąpią terytorialni), natomiast na nowe szyldy i wizytówki trzeba będzie wydać sporo grosza. Nic to, PiS podziela pogląd lewicy, że zdrowie to nie towar. I przelicytowuje ją w znoszeniu limitów, których ma nie być w ogóle, na żadne świadczenia medyczne. Na zdrowiu się nie oszczędza! O tym, że w służbie zdrowia popyt jest nieograniczony i że nie ma w Europie kraju, w którym z tego powodu nie byłoby kolejek do procedur medycznych, PiS najwyraźniej nie wie i wiedzieć nie chce. Liczy na to, że my też nie wiemy. I że ucieszy emerytów obecnych i przyszłych wprowadzeniem puli środków (z czyjej kieszeni?) na usługi pielęgnacyjne dla starszych.

PSL bierze udział w tej licytacji przez... bierny opór. Udaje, że Trybunał Konstytucyjny nie wypowiedział się w sprawie niepłacenia przez rolników składki na zdrowie. Do przyszłego roku trzeba stosowną ustawę w tej sprawie uchwalić, ale nic się nie dzieje. Ludowcy nie milczą natomiast w sprawie emerytów. Nie tych z KRUS, bo tu przecież nic się nie zmieni. Kokietuje tych, którym się emerytura nie należy, bo na nią nie zapracowali. Jednak też dostaną świadczenie, jak tylko ludowcy dojdą do władzy. To znaczący elektorat, na wsi i w małych miasteczkach sporo ludzi pracuje na czarno. Zamiast tworzyć mechanizmy, żeby ich wciągać na legalny rynek pracy, podniesie się podatki legalnie pracującym, by państwo miało z czego wypłacać emerytury obywatelskie tym, którzy na własną starość nie odkładali. Szara strefa będzie jeszcze większa.

Platforma jeszcze nie otworzyła worka z obietnicami. Strach pomyśleć, co z niego wyskoczy. Dotychczas przejawiana niechęć do reformowania może już nie wystarczyć do wygrania wyborów. Problem w tym, że raju, obiecywanego starym ludziom, nie mamy szansy doczekać. Jeśli bowiem politycy swoje obietnice traktują poważnie, to Polskę, która przecież jest najważniejsza, skazują na zagładę.