Firmy gromadziły gotówkę, inwestorzy kupowali złoto, drobni ciułacze wymieniali dolary na franki, milionerzy przerzucali oszczędności z Ameryki do Brazylii, a rządy na prędce pichciły wczoraj uspokajające raporty. Czarne chmury nad Ameryką i zagrożenie obniżeniem ratingów Francji zwiastowały kolejną implozję światowych finansów. I tak bardzo jak przeciwni jesteśmy pudrowaniu ekonomicznej rzeczywistości, tak ze zrozumieniem podchodzimy do wczorajszego wystąpienia ministra Rostowskiego w Sejmie. Mówił o dobrej kondycji naszego budżetu. Nie kładziemy tego na karb kampanii wyborczej. Rząd mógł łatwiej zdobyć punkty lojalnościowe. Iść śladem poprzedników i pogrążyć nas w rozdawnictwie pieniędzy związkowcom, emerytom, podwyższając minimalną pensję. Ponieważ nie zrobił tego, wierzymy, że cały ten makroekonomiczny marketing był rzucaniem szalup ratunkowych na wypadek kolejnej katastrofy.

Polskie finanse publiczne w porównaniu z sytuacją Ameryki, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Francji znowu majaczą zielenią w ponurym otoczeniu. Niższe od spodziewanych potrzeby pożyczkowe państwa, wyższe od spodziewanych wpływy do budżetu i co najważniejsze kurczący się deficyt mogą być naszą najpotężniejszą tarczą przed powtórką z 2008 roku. Dobre wyniki zwykle nie potrzebują ambasadorów sukcesu. Inwestorzy lepiej wiedzą, gdzie lokować pieniądze i skąd uciekać na dźwięk recesji. Ale tym razem znowu może być inaczej. Decyzje podejmowane w panice, w strachu przed nieprzewidywalnymi skutkami kolejnego kryzysu nie muszą się kierować logiką. Rynki potrzebują silnego sygnału, że nie stanowimy zagrożenia dla inwestycji.

Miejmy nadzieję, że to wystarczy, choć pamiętamy, skąd wzięły się te liczby. Wyższe wpływy to wyższe podatki, rosnąca inflacja i dywidendy zysku NBP, w mniejszym stopniu wpływy z prywatyzacji. Bezpieczeństwo naszych finansów publicznych ustawione jest na bardzo kruchym lodzie. Większych zobowiązań podatkowych, czyli słabszej siły nabywczej Polaków i wolniejszego wzrostu gospodarczego. Dodatkowo z całego kraju mamy sygnały o rosnącej presji urzędów podatkowych, celnych, kontroli goniących kontrolę coraz gorzej radzących sobie przedsiębiorstw. Jeżeli nawet dziś wstrząs drugiej fali kryzysu przejdzie bokiem, to bez prawdziwej naprawy finansów publicznych daleko na tej fali nie popłyniemy.