Ani szef Unii premier Mirek Topolanek, ani Komisja w Brukseli, ani w końcu rządy Słowacji, Turcji czy Serbii, które stawiły się do Moskwy na ogłoszony przez Putina szczyt gazowy nie potrafiły zrobić niczego dla odblokowania rosyjskich kurków. Ostatniego tygodnia mogliśmy obserwować jedynie zaskakujący bałagan dyplomatyczny w Europie, czyniony za sprawą nieskoordynowanych i bezsensownych pseudo-szczytów, konferencji oraz chaotycznie następujących po sobie wizyt dyplomatycznych. A gaz zaczął płynąć i tak dopiero po porozumieniu Moskwy z Kijowem.

Cała ta historia ujawniła przy okazji naiwność europejskich rządów i mediów, przez kilka dni uparcie wierzących, że wbrew logice politycznej będzie można załatwić kwestię gazu dla Unii, a Ukrainę zostawić swojemu losowi. Bogu dzięki tym razem nie było to możliwe. Moskiewski układ Putina z Julią Timoszenko jest tylko trochę poniżej negocjacyjnego maksimum, jakie w obecnej sytuacji uzyskać mogła Ukraina. Ani prezydent Juszczenko, ani promoskiewski lider opozycji Janukowycz nie mają racji, z zaciętością odrzucając wynegocjowane warunki. Średnia cena 230 dolarów - schodząca od 360 u początku roku, do 162 w jego końcu - jest mimo wszystko trochę niższa od początkowych rosyjskich żądań , które Kijów odrzucił. Owszem, jest to cena wyższa od tej, jaką Gazprom dyktuje dostawcom uprzywilejowanym - np. Niemcom. Ale Ukraina traktowana jest dziś przez Kreml jako wróg i albo będzie zdolna płacić za swoją niepodległość, albo zostanie skazana na jej utratę. Natomiast obronienie się przed perspektywą utraty kontroli nad własną siecią gazową na rzecz jakiegoś międzynarodowego konsorcjum z udziałem Gazpromu jest znaczącym sukcesem Kijowa.

Odniesionym z istotną pomocą kanclerz Angeli Merkel - jedynego europejskiego przywódcy, który w apogeum kryzysu odrzucił nachalne zaloty Putina, na gwałt wizytującego Berlin. Niemcy nie bez podstaw podejrzewane także przez nas o spiskowanie z Moskwą tym razem użyły karty unijnej solidarności. Putin w Berlinie nie ukrywał więc swojego niezadowolenia, a w drodze do domu nabrał nawet realnej ochoty do ugody z Kijowem. Nie warto wyprowadzać z tego wniosków przesadnych, ale w Warszawie ten fakt winien zostać odnotowany. Także w sceptycznym wobec niemieckiej polityki Dużym Pałacu.

Najpoważniejszym ustępstwem Julii Timoszenko wydaje się być dopuszczenie Gazpromu do ukraińskiego rynku dystrybucji gazu. Ukraina tym samym zgodziła się na to samo, na co przystały wcześniej liczne państwa Unii, w ubiegłym roku np. Austria. Rosjanie otrzymują do ręki instrument eliminowania z wewnętrznego rynku ukraińskiego znienawidzonego przez siebie, bo kontrolowanego przez Julię Timoszenko, a nie przez Gazprom ukraińskiego Naftohazu, przy pomocy konkurencyjnych, a w razie potrzeby po prosty dumpingowych cen. Jeśli jednak parlament ukraiński zdołałby przyjąć ustawę Arsenija Jaceniuka zakazującą takich praktyk - to postanowienie układu nie mogłoby zostać zrealizowane.

Ukraina więc nie wygrała tego konfliktu, ale póki co obroniła się w trudnej sytuacji przed ekonomiczną agresją. I to mimo, że Moskwa całkiem nieoczekiwanie wzięła spory kawał południowej i środkowej Europy za zakładnika w tym konflikcie, nie zważając nawet na to, że ukarane zostaną kraje wewnątrz Unii najbardziej jej uległe, jak Bułgaria, Węgry czy Słowacja. Na dłuższą metę najciekawsze jest jednak doświadczenie śmiałości, z jaką ekipa Putina gotowa jest wchodzić w międzynarodową awanturę o zaskakująco dużej skali. Nawet bez konieczności. Potężny Związek Sowiecki w czasach Breżniewa był na tym tle przewidywalnym partnerem dla Zachodu. Putin ujawnił swoją naturę hazardzisty, skłonnego dla imperialnej draki rzucić wyzwanie połowie świata. Nie rokuje to bynajmniej spokojnych czasów na wschodzie Europy.