Koniec snu o potędze Dubaju
Nad największymi wieżowcami świata ciąży klątwa. Miejsca, gdzie zostają wzniesione, nawiedza ostry gospodarczy kryzys. Najnowszą ofiarą plagi jest Dubaj, który w ubiegłym tygodniu ogłosił w praktyce niewypłacalność, kończąc sen panującej rodziny Al-Maktum o stworzeniu na piaskach pustyni arabskiej bajkowego centrum finansowego przyszłości.
- Sąsiedzi uratowali Dubaj przed plajtą
- Dubajskie wyspy toną
- Palmowych wysp nie będzie. Deweloper pada
- Złoty będzie tracił. Przez Arabów
- Mamy gigantyczne złoża ropy naftowej
- Rekiny Wall Street zatrudniają CIA
- Grecja pójdzie w ślady Dubaju?
- Złoty się osłabia przez kryzys w Dubaju
- Najwyższy budynek świata otwarty!
- Saudyjczycy chcą mieć najwyższy budynek
- Wielki kryzys zniszczy krainę z bajki
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
4 stycznia 2010 r. miał być dla 2,2 mln Dubajczyków narodowym świętem. Zapowiadane na ten dzień otwarcie wieżowca Burj Dubai, którego 818-metrowa konstrukcja wyznaczy kolejny rekord wysokości budowli wzniesionej ludzką ręką, powinno ostatecznie potwierdzić, że Dubaj to nie tylko najprężniejszy z arabskich emiratów, ale również najnowszy cud świata. Od kilku dni wiadomo jednak, że oddanie Burj Dubai wprawdzie się odbędzie, tyle że raczej w atmosferze stypy. Stało się bowiem to, przed czym ostrzegały zastępy ekonomistów. Dubaj, wznosząc u wybrzeży Zatoki Perskiej kolejne fantazyjne drapacze chmur, hotele, sztuczne wyspy i lotniska, zapomniał o prawidłach gospodarczej logiki. I w konsekwencji stanął na skraju bankructwa.
Kontrolowany przez rząd potężny holding Dubai World, który przez lata w imponującym stylu rozbudowywał kraj, teraz poprosił o przesunięcie terminu spłaty swoich obligacji wartych 3,5 mld dol. To jeszcze inwestorzy mogliby przełknąć, ale gdy w połowie tygodnia władze emiratu zdystansowały się od swojej spółki córki, twierdząc, że „kto pożycza, musi także ponieść część ryzyka”, sytuacja stała się dramatyczna. Już rok temu czołowa agencja ratingowa Moody's ostrzegała wprawdzie, że Dubaj ma przynajmniej 80 mld dol. długu, z czego jedna czwarta jest prawdopodobnie nie do odzyskania. Aż dotąd jednak rzutki emirat dbał o przekonanie swoich wierzycieli, że nie ma takiej sumy, której nie byłby w stanie spłacić.
W ten sposób w Dubaju spełniła się klątwa najwyższego wysokościowca świata. Jako pierwszy jej ofiarą padł Nowy Jork, gdzie na przełomie lat 20. i 30. o prymat rekordowego drapacza chmur na kuli ziemskiej ścigały się Chrysler Building (318 m wysokości) i Empire State Building (443 m). W tym samym czasie krach na nieodległej Wall Street wstrząsnął posadami światowej gospodarki, pogrążając również Stany Zjednoczone na lata w bezrobociu.
Podobnie było, kiedy w 1998 r. w malezyjskim Kuala Lumpur oddawano wysokie na 452 m wieże Petronas Towers, a tymczasem w całym regionie szalał potężny kryzys, który skończył sny o gospodarczej potędze tzw. azjatyckich tygrysów. Ekonomistów wcale nie dziwi ta prawidłowość. - Wznoszenie największych i najbardziej błyskotliwych konstrukcji rzadko jest dowodem gospodarczej siły. Oznacza raczej, że budujący znalazł się w dramatycznej pułapce i musi za pomocą niecodziennego megaprojektu przekonać do siebie inwestorów. Dubaj stał się najbardziej modelową ofiarą takiej pułapki - mówi nam Eckhart Woertz, główny ekonomista z dubajskiego ośrodka analitycznego Gulf Research Center.
Czujne oko emira
To, co stało się w Dubaju, jeszcze lepiej widać z dachu jednego z luksusowych hoteli w wiodącej niemal przez całe miasto prestiżowej ulicy Szejka Zaida. Przy odrobinie wysiłku widać stamtąd położone na północy stare historyczne centrum. To tutaj biło serce emiratu do lat 70., gdy panująca rodzina Al-Maktum podjęła strategiczną decyzję: złoża ropy nie wystarczą, by na długo zapewnić gospodarczą prosperity w starciu z obficiej wyposażonymi w surowce sąsiadami. Stworzono więc cały system przyciągania inwestorów, zwłaszcza z branży budowlanej. Lokalna biurokracja została ograniczona do minimum. Kontraktami zajmowały się małe wyspecjalizowane firmy będące bezpośrednio pod obserwacją emira.
Najbardziej intratne pozwolenia rozdawał osobiście sam monarcha. Oczywiście bez nudnych procedur dotyczących ekologicznych czy społecznych skutków budowy. Panująca rodzina Al-Maktum zadbała przy okazji o swoje własne interesy. - Zarejestrowanie w Dubaju firmy wiąże się z koniecznością zaangażowania w spółce rodowitego Dubajczyka w charakterze tzw. sponsora. Choć oczywiście nie ma to nic wspólnego z wykładaniem przez niego kapitału. Zazwyczaj sponsor taki jest w bliższy lub dalszy sposób spowinowacony z panującą dynastią - mówi nam Peweł Kłęczek z polskiego koncernu IT Comarch, który działa na terytorium Dubaju.
Czytaj dalej...

























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!