Amerykańscy studenci: Krew na rękach władz uczelni
Amerykańscy studenci, którzy przeżyli strzelaninę na uniwersytecie w Wirginii, oskarżają władze, że te nie ostrzegły o polującym na ludzi uzbrojonym psychopacie. Gdyby na czas zareagowały, być może kule nie dosięgłyby aż tylu ludzi. "Władze uniwersytetu mają krew na rękach" - mówią studenci.
Z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie władze czekały ponad dwie godziny. Od 7.15 do 9.26 nikt z dyrekcji nie zawiadomił studentów o polującym na ludzi szaleńcu. Gdy władze zdecydowały się wreszcie ostrzec studentów, wybrały dość nietypową jak na taką sytuację drogę - internet. W mailach napisały, by wszyscy "zachowali szczególną ostrożność i zgłaszali wszystkie podejrzane zachowania".
Nie było żadnych informacji przez radiowęzeł, nikt z władz nie mówił, co się dzieje. Dlatego zdezorientowani studenci, zamiast uciekać z uczelni, zostali w budynku, w którym krążył morderca. Teraz oskarżają władze uniwersytetu, że to przez ich opieszałość zginęło tyle niewinnych osób.
Policja i prokuratura na razie nie chcą komentować zachowania uczelni. Twierdzą, że jest jeszcze za wcześnie, by stawiać jakiekolwiek zarzuty.
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!