"Jaki jest plan dalszego prowadzenia i zakończenia tej wojny?" - zapytał amerykański prezydent podczas posiedzenia sztabu w Pentagonie. Obama zażądał przedstawienia mu przez szefów sztabu nowej strategii. Zapowiedział, że dopóki jej nie dostanie, nie zgodzi się na wysłanie dodatkowych wojsk do ogarniętego chaosem kraju.

Pentagon miał już w ubiegłym tygodniu ogłosić wysłanie pod Hindukusz dodatkowych 17 tys. żołnierzy. Jednak sekretarz obrony Robert Gates wstrzymał wykonanie tej operacji po rozmowie z prezydentem. "Obama ma oczywistą rację. Zanim wyśle się 30 tys. ludzi na wojnę, trzeba wiedzieć jaki jest cel misji i plan jego osiągnięcia" - chwali decyzję prezydenta Larry Korb, ekspert ds. obrony z Centrum Postępu Ameryki.

W kampanii wyborczej Barack Obama obiecywał wysłanie dodatkowych 7-10 tys. ludzi do Afganistanu, ale później wojsko zwiększyło zapotrzebowanie do 30 tys. Jednak przywódcy Demokratów w Waszyngtonie boją się, by Afganistan nie stał się dla Obamy drugim Wietnamem - długotrwałą, krwawą partyzancką wojną bez wyrazistego końca - i niechętnie patrzą na poświęcanie kolejnych ludzi i milionów dolarów na bezproduktywną pogoń za Osamą Bin Ladenem.

Tymczasem specjalny wysłannik prezydenta Obamy do Afganistanu, Richard Holbrooke, powiedział na konferencji w Monachium, że wygranie afgańskiej wojny będzie "o wiele cięższe" niż rozprawienie się z reżimem Saddama Husajna w Iraku. I obwinił o ciężką sytuację poprzednią administrację.

"Nigdzie nie widziałem takiego bałaganu, jak ten, który zastaliśmy w Afganistanie. To będzie długa i ciężka sprawa" - stwierdził Holbrooke. Stwierdził też, że wszystkie ościenne państwa muszą brać udział w rozwiązaniu afgańskiego problemu. Tymczasem były dowódca misji irackiej generał David Petraeus, ostrzegł, że zanim sytuacja pod Hindukuszem się polepszy, może się jeszcze pogorszyć, i wezwał do lepszej współpracy wojsk koalicji ze zwykłymi Afgańczykami i promowania lokalnej administracji.