To było o jedenastej wieczorem. Leżałem na oddziale hepatologii, przyszła pielęgniarka i powiedziała spokojnym głosem: „Panie Marianie, szykujemy
się”. Od razu wiedziałem, o co chodzi. Na początku był szok i niedowierzanie. Nie potrafiłem się nawet cieszyć. Powtarzałem tylko sobie: żeby to była prawda, żeby to była
prawda. Gdy jakoś zebrałem myśli, od razu zadzwoniłem do rodziny. Chcieli przyjechać, ale zabroniłem im. Nie chciałem, aby noc spędzili w szpitalu. Spakowałem się i z pomocą sanitariusza
poszedłem do karetki, która czekała przed wejściem do szpitala, by przewieźć mnie na chirurgię w innym budynku. Tam dowiedziałem się, że operacja odbędzie się o siódmej rano. Byłem
oszołomiony, co chwilę przychodziła pielęgniarka i robiła mi jakieś dodatkowe badania.
Ależ skąd! W takiej sytuacji człowiek nie jest w stanie zmrużyć oka. Przelatuje mu przed oczami całe życie, tysiące myśli. Przez chwilę myślałem nawet, aby wezwać księdza, ale
skończyło się na rachunku sumienia i odmówieniu kilku zdrowasiek. Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Ostatnią myślą na sali operacyjnej było: Boże, spraw, abym się jeszcze obudził.
Operacja trwała 9 godzin. Gdy odzyskałem świadomość, od razu poprosiłem pielęgniarkę, aby podała mi telefon i połączyła z żoną. Wiedziałem, że cała rodzina siedzi w szpitalnej
poczekalni. Byłem jeszcze bardzo słaby, więc powiedziałem tylko: „Kochanie, żyję”.
Trudne, dziwne. Nadal się nie oswoiłem z tą myślą. Poza tym mam świadomość, że ktoś musiał umrzeć, abym ja mógł żyć, że jakaś inna rodzina w innej części Polski cierpi, podczas
gdy moja się cieszy. Nie wiem, kto uratował mi życie. Nie pytałem o to, bo pewnie i tak nikt by mi nic nie powiedział. Nie wiem nawet, czy była to kobieta, czy mężczyzna. Mogę tylko
podziękować rodzinie tej osoby, że pozwoliła lekarzom na pobranie organu. Podziękować za życie i obiecać modlitwę. Wiem, że mogłoby mnie już nie być.
Wydaje mi się, jakby od tamtej chwili minęły lata świetlne. To był naprawdę wyjątkowo trudny okres dla mnie i mojej rodziny. W połowie kwietnia lekarze już nie chcieli mnie wypuścić do
domu. Moje życie podporządkowane było tylko i wyłącznie oczekiwaniu.
Nie, starałem się tak nie myśleć. Czekałem na przeszczep. Rodzina bardzo mnie wspierała, nie dawała mi stracić nadziei, że z tego wyjdę. Dużo się też modliłem. Raz tylko miałem taki
poważniejszy kryzys. Gdy pół roku temu znaleziono dla mnie wątrobę, ale przeszczepu nie dało się przeprowadzić, bo miałem akurat jakąś infekcję. Świadomość, że było się już tak
blisko wyzdrowienia i wszystko przepadło, była straszna. Ciągle zadawałem sobie pytanie, czy dostanę jeszcze drugą okazję?
*Marian Górski ma 51 lat, pochodzi spod Szczecina