Zarzut antypolityczności bywa często kierowany pod adresem współczesnego liberalizmu. Liberalna demokracja miałaby być antypolityczna, ponieważ (rzekomo) unika fundamentalnego dla polityki wymiaru konfliktu i suwerennej decyzji. Zamiast tego usiłuje ustanowić kompromis, który zawsze jest kompromisem zgniłym i w gruncie rzeczy utrwala jedynie status quo. Czy rzeczywiście? Antyliberalna krytyka skłania do postawienia pytań o zasadę liberalnej polityczności. W tekście, który dziś publikujemy, odpowiada na nie Marcin Król. W jego opinii kompromis, na jakim opiera się liberalna demokracja, nie jest ani zgniły, ani czysto taktyczny. Polega raczej na fundamentalnej zgodzie co do tego, że demokracja jako taka jest pewnym dobrem i umożliwia realizację wspólnego interesu ogółu obywateli. Bez tego zasadniczego porozumienia żadne polityczne działania nie będą możliwe, a demokratyczna wspólnota polityczna przestanie istnieć. Zmieni się w bezkształtny zbiór jednostek i instytucji pozbawionych umocowania w postaci obywatelskiej świadomości. Tej świadomości, że demokracji potrzebny jest kompromis o charakterze ideowym czy też filozoficznym wciąż wedle Króla bardzo w Polsce brakuje. Kompromis bywa tu rozumiany czysto taktycznie: jako wymiana przysług mająca na uwadze wyłącznie interes prywatny. I dlatego zwykle zmienia się w polityczny szantaż, który ze zgodą, a tym bardziej wspólnym dobrem, nie ma już nic wspólnego.

p

Marcin Król*

Minimum polityczności w demokracji liberalnej

Aby państwo mogło być sprawnie kierowane, niezbędne jest zarówno minimum politycznej współpracy na poziomie parlamentu, jak i minimum politycznej zgody na poziomie społecznym. Aby państwo nie podlegało wstrząsom po każdych kolejnych wyborach, potrzebne jest minimum ciągłości personalnej w instytucjach państwowych oraz minimum poczucia ciągłości w skali społecznej. Aby państwo demokratyczne było państwem, a nie tylko zbiorem obywateli i instytucji, potrzebne jest minimum woli kompromisu żywionej przez polityków oraz minimum prawdziwej (pragmatycznej) tolerancji na poziomie społecznym. Co w Polsce przeszkadza realizacji tych warunków niezbędnych do rozwoju znośnego państwa?

Błędne banały

Politycy - a w konsekwencji często i znaczna część społeczeństwa - posługują się nieustannie banalnymi stwierdzeniami czy postulatami, które są albo kompletnie błędne, czyli fałszywe, albo archaiczne, niedopasowane do naszych czasów, czyli błędne inaczej. Wymienimy tylko trzy najważniejsze spośród tych błędnych banałów. Po pierwsze, ciągłość w polityce zagranicznej. Ta teza powtarzana z lubością przez polityków wszystkich opcji, a głosząca, że mimo zmiany władzy i koalicji rządzącej trzeba zachować ciągłość w polityce zagranicznej, jest kompletnie nieprawdziwa. Czasem trzeba, czasem nie trzeba. Rozumiem, że chodzi o to, by nie zmieniać polityki zagranicznej zgodnie z widzimisię danej ekipy rządzącej oraz jej prywatnymi sympatiami, ale to chyba jest oczywiste. Reszta natomiast jest wątpliwa. Polityka zagraniczna zależy - jak sama nazwa wskazuje - od tego, co się dzieje za granicą. A tam sytuacja stale się zmienia. Czy mamy zatem nie reagować na te zmiany? Czy prawdopodobna poważna zmiana polityki USA wobec Iraku po wyborach prezydenckich nie powinna wpłynąć na polską politykę w tej kwestii? Czy Rosja lub Niemcy bez względu na postępowanie swoich rządów będą zawsze naszymi wrogami (lub przyjaciółmi)?

Ponadto w polityce zagranicznej jak w każdej dziedzinie polityki popełniane są błędy, a nastroje czy też poglądy społeczeństwa ulegają zmianie, tak jak zmienne są poglądy przywódców politycznych. Cieszyliśmy się z wyboru na prezydenta Francji życzliwszego nam Nicolasa Sarkozy'ego po niechętnym Chiracu. Podobnie jest w wypadku Ukrainy - czy będziemy popierali jej działania bez względu na to, kto obejmie tam władzę i jakie będzie zajmował stanowisko? Oczywiście, że nie. W polityce zagranicznej nic nie jest niezmienne, a ciągłość nie jest wcale atutem, chyba że chodzi o generalną orientację polegającą na tym, że Polska raczej wiąże swój los z Zachodem niż z Chinami, ale to akurat nie jest żadna rewelacja. Drugi błędny banał to nieustanne podkreślanie roli suwerenności. Mówił o tym bardzo trafnie Jerzy Szacki w "Europie" (nr 209 z 5 kwietnia br.), ale w wypadku Polski i wielu innych rozwiniętych państw suwerenność nie tylko dlatego jest pod znakiem zapytania, że globalizacja i europeizacja idą szybkim krokiem, ale także dlatego, że nie bardzo wiadomo, o czyją suwerenność tu idzie. Wielki historyk sir Michael Howard mówił mi kiedyś, że suwerenność współczesnych państw wyznaczają trzy elementy: własne wojsko, własna waluta i własne znaczki pocztowe. Dwa ostatnie elementy wkrótce zanikną bez szkody i płaczu, a sprawa własnego wojska jest w dzisiejszym świecie coraz bardziej wątpliwa, chociaż nie podjęto jeszcze poważnej dyskusji na ten temat ani w Polsce, ani na Litwie czy Słowacji.

Suwerenność sprowadza się w gruncie rzeczy do sfery obyczajowo-kulturowej i w bardzo niewielkim stopniu prawnej. Czyż bowiem mamy lub chcemy mieć jakieś szczególne prawa, które wyraźnie odróżniałyby nas od reszty zachodniego świata i których chcielibyśmy bronić za wszelką cenę? Nie bardzo widzę, jakie miałyby być to prawa. Natomiast rzeczywiście Polacy chcą jeść bigos oraz szanować święta kościelne, a Francuzi wolą ostrygi i są bardziej zsekularyzowani. Tyle że tym wszystkim manifestacjom suwerenności obyczajowo-kulturowej nic nie zagraża, a wielu konserwatystów - wspieranych w tej mierze przez Unię Europejską - całkiem skutecznie jej broni. Dodatkowo sam wzgląd na rozwój turystyki jako dziedziny gospodarki skłania do kultywowania różnic w tych dziedzinach. Suwerenność tylko dlatego nadaje się na partyjny sztandar, że brzmi dobrze - ale to nie jest wystarczający argument.

Wreszcie trzeci błędny banał to powtarzana przez posłów i komentatorów koncepcja reprezentacji. Ostatnio - bez urazy - znakomitego przykładu dostarczył poseł Cymański, kiedy swoją decyzję głosowania przeciwko traktatowi lizbońskiemu uzasadniał tym, że są w Polsce eurosceptycy i ich głos powinien być reprezentowany w Sejmie. Poseł ów dał dowód rzeczy skądinąd znanej, a mianowicie kompletnemu niezrozumieniu idei reprezentacji wśród reprezentantów polskiego narodu (posłów i senatorów).

Jeżeliby pójść tropem tego absurdalnego rozumowania, to posłowie powinni sobie przydzielać lub wybierać wedle upodobania reprezentowanie niemałej w Polsce grupy Świadków Jehowy czy przeciwników organizowania Euro 2012. Tymczasem nie ma żadnego powodu, by posłowie reprezentowali ekscentryczne, prywatne lub po prostu głupie poglądy tylko dlatego, że są one podzielane przez część społeczeństwa. A mówiąc poważnie, dotyczy to przecież także takich problemów jak prywatyzacja, wolny rynek czy kara śmierci. Szczęśliwie na razie nie mają one silnej reprezentacji parlamentarnej, bo i nie powinny mieć. Reprezentanci nie reprezentują bowiem szczegółu, lecz ogół. Są przedstawicielami całego społeczeństwa (nawet to ślubują) i powinno im zależeć na dobru całego społeczeństwa. Nigdzie na świecie ze względu na cechy procesu wyborczego nie można wykluczyć tego, że reprezentant będzie dbał o swój region wyborczy, ale to wyjątek, który w dodatku nie jest prawomocny, lecz jedynie dopuszczalny. Idea reprezentacji natomiast podlega całkowitemu unieważnieniu, kiedy posłowie nie rozumieją zasady większość - mniejszość, jaka obowiązuje w demokracji.

Dawniej tacy myśliciele jak John Stuart Mill czy Alexis de Tocqueville obawiali się tyranii większości w demokracji. Ale demokracja w znacznej mierze poradziła sobie z tym problemem. Dokonało się to jednak nie na tej zasadzie, że mniejszości są równouprawnione we wszystkich dziedzinach, ale że nikt im nie zabrania być mniejszościami, o ile postępują zgodnie z prawem. Demokracja - niestety nie ma na to rady - opiera się na arytmetyce i decyduje większość, która nie zniewala mniejszości, ale tylko o tyle, o ile owa mniejszość nie zagraża większości. Innego rozwiązania nie ma. I dlatego posłowie, którzy teoretycznie reprezentują całe społeczeństwo, mają obowiązek realizować interes (czy, jeśli ktoś woli język bardziej patetyczny - dobro) ogółu, interes wspólny. A że nie jest to interes wszystkich obywateli - cóż, rzeczywiście nie jest, ale tylko wielki Jean-Jacques Rousseau proponował inne rozwiązanie, czyli "wolę powszechną", okazało się to jednak niemożliwe do zrealizowania czy wręcz niebezpieczne.

Realizacja interesu wspólnego w naszych czasach niestety nie wyklucza realizacji interesu partyjnego, który zresztą teoretycznie może (i powinien!) stanowić formę realizacji interesu wspólnego, ale częściej jest formą realizacji interesu wyborczego partii. Ponieważ tych realiów zmienić się zasadniczo nie da, demokracja broni się przed błędnymi banałami w jedyny dostępny sposób, czyli przez zawieranie kompromisów.

Kompromis nie musi być zgniły

Wielcy filozofowie polityczni przedstawiali i nadal przedstawiają rozmaite rodowody demokracji. Możemy wymienić sporo czynników, które doprowadziły do jej zaiste zdumiewającego triumfu. Obok wielu innych, obecnie często zapomnianych - jak zagrożenie wojną domową czy też odrzucenie autorytarnej koncepcji władzy absolutnej - niezmiernie ważna jest stwarzana przez demokrację możliwość zawierania kompromisów. Mniej więcej od przełomu XVIII i XIX wieku ludzie zdali sobie sprawę, że mają wiele bardzo odmiennych poglądów, a od czasów romantyzmu, że pluralizm i subiektywny charakter naszych poglądów są nie do uniknięcia. Trzeba było więc jakoś z tym żyć. Rozwiązaniem okazał się kompromis. Kompromis zawsze pozostawia wszystkie zawierające go strony w poczuciu, że może można było wywalczyć więcej. Jest dokładnie tak jak na targu na południu Europy, kiedy to handlarz mówi, że pierścionek kosztuje sto euro, my proponujemy trzydzieści i w końcu kupujemy za siedemdziesiąt. Nigdy się nie dowiemy, czy mogliśmy kupić jeszcze taniej. U ludzi zawziętych lub skąpych wywołuje to stan permanentnego niepokoju. Kupiliśmy jednak pierścionek i stało się. Identycznie jest z kompromisem.

Możemy wskazać na dwa zupełnie odmienne typy kompromisu, których politycy w Polsce odróżnić nie chcą lub nie potrafią. Pierwszy to kompromis taktyczno-techniczny, a drugi ideowo-filozoficzny. Pierwszy typ kompromisu (najczęściej spotykany w Polsce) polega na tym, że w celu rozwiązania najprostszych spraw lub by przyjąć podstawowe, ale mało sporne ustawy, potrzebna jest zgoda większości sejmowej. Jednak i w tych zdawałoby się błahych przypadkach niemal zawsze dochodzi do targu lub co najmniej do wytworzenia zobowiązań. Zupełnie jak w gminie czy małym mieście: skoro ty mi rok temu załatwiłeś sprawę dla mnie ważną, jestem ci automatycznie zobowiązany i muszę się kiedyś z tego zobowiązania wywiązać. Nic nie zostaje załatwione ze względu na interes wspólny, choćby lokalny, wszystko ze względu na interes jednostek, partii czy członków układu.

Nie istnieje też w takich wypadkach żadna forma stałej współpracy, gdyż chodzi o doraźną taktykę, a nie długofalową strategię. W Polsce przykładem mogą być gorszące targi wokół ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Nie chodzi tu przy tym o same targi, bo do tego już przywykliśmy, lecz o czysto taktyczną postawę partii opozycyjnych (także SLD) w całej sprawie, która doprawdy z doraźną taktyką partyjną nie ma nic wspólnego. Zauważmy ponadto, że SLD wyciąga tylko takie sprawy, których poruszanie jest wprawdzie charakterystyczne dla lewicy i dla liberałów, ale stawia rząd PO w niezręcznej sytuacji (in vitro, religia w szkole itd.). W nagrodę za zaniechanie tych drugorzędnych z lewicowego, ale pierwszorzędnych z kościelnego punktu widzenia kwestii SLD oczekuje życzliwości partii rządzących. Powiedzmy wprost: zarówno ze strony PiS, jak i SLD nie mamy do czynienia nawet z kompromisem techniczno-taktycznym, ale ze zwyczajnym szantażem. Jednak stroną bezwolnie wykorzystywaną w tym szantażu jest opinia publiczna, której przypisuje się zarówno wolę walki o rzekomą suwerenność oraz ostrożność wobec Niemców, jak i permisywizm moralny i gwałtowną potrzebę zmian na przykład w ustawie aborcyjnej. A przecież opinia publiczna jest w obu przypadkach traktowana całkowicie instrumentalnie, gdyż ani nikt się z jej zdaniem nie liczy, ani też go nie zna - chyba że chodzi o preferencje wyborcze. Natomiast kompromis ideowo-filozoficzny, jaki naprawdę leży u podstaw demokracji, dotyczy demokracji jako formy życia oraz takiego organizowania jej instytucji i takiego działania, które umożliwia współżycie nie tylko politykom (którzy zawsze dadzą sobie radę), ale również obywatelom. Jest to kompromis, który zasadę kompromisu stawia na pierwszym miejscu. Wtedy przestaje już chodzić o doraźne strategie, ale rzecz dotyczy form egzystencji. Aspekt filozoficzny tego kompromisu sprowadza się do przekonania, że ani nikogo z demokracji nie można wykluczyć (chyba że jest jej czynnym i niebezpiecznym wrogiem), ani nikogo nie można szantażować, gdyż celem jest interes wspólny. Z założenia zatem w demokracji nie ma wrogów, a nawet nie ma przeciwników, są tylko konkurenci. Zaś demokratyczna konkurencja prowadzi jedynie (jak wszelka konkurencja) do tego, że wygrywa ten, kto ma najwięcej do powiedzenia, najlepsze projekty i najlepsze sposoby ich realizacji. Konkurencja jest filozoficznie czym innym niż kompromis z nieustającą walką na zapleczu.

Ideowo natomiast taki kompromis polega na powszechnej akceptacji faktu, że demokracja jest dobrem oraz że żyjemy w demokracji liberalnej i nic tego w przewidywalnej przyszłości nie zmieni. W tym rozumieniu dwa lata rządów PiS były ideowo obce demokracji nie tylko dlatego, że PiS w istocie nie chciało (i nie chce, bo nie lubi - jak zauważają komentatorzy) zawierać kompromisów, ale dlatego, że PiS chciało demokracji bez liberalizmu, co jest w naszych czasach po prostu nie do zrealizowania. Możemy mieć rozmaite poglądy na temat tego, jak dalece polskie społeczeństwo jest liberalne i na jakie konkretne zachowania ten liberalizm się przekłada, ale nie ma najmniejszej wątpliwości, że staje się ono stopniowo - w sferze obyczajowej, kulturowej i politycznej (nie wspominając już o gospodarczej) - coraz bardziej liberalne i tego także nic nie zmieni. A zatem kompromis ideowy ze światem liberalnym muszą zawrzeć wszyscy, także ci, których ten świat (mają do tego prawo) nie bardzo zachwyca. Każda inna postawa będzie stanowiła akt wrogi w stosunku do społeczeństwa, a pośrednio w stosunku do przyszłości Polski.

Dopiero kompromis filozoficzno-ideowy może wytyczyć ramy sporu politycznego - takie ramy, w których sam spór nie jest szkodliwy, a może nawet być korzystny dla społeczeństwa. Żeby spierać się w ramach demokracji, trzeba akceptować filozoficzne podstawy kompromisu. I trzeba rozumieć (oraz w praktyce to rozumienie realizować), że kompromis jest zawierany nie dlatego, że nie można wygrać bez kompromisu ani dlatego, by potem od partnera domagać się rewanżu, ale dlatego, że tego wymaga interes ogółu. A zatem kompromis nie jest niczym zgniłym, lecz - parafrazując Mochnackiego - "oddychalnym" powietrzem demokracji.

Kompromis, tożsamość, opinia publiczna

Przeciwnicy tak pojmowanego ideowo-filozoficznego kompromisu często powołują się na to, że zawierając liczne kompromisy, partie polityczne tracą część politycznej podmiotowości czy tożsamości. To prawda, ale też im więcej demokracji, tym mniejsza potrzeba bardzo wyrazistych ideologicznie partii politycznych. Tak się w każdym razie do niedawna niemal powszechnie w krajach Zachodu wydawało. Ale nie ma obawy - pojawiają się zupełnie nowe pytania, a odpowiedzi na te pytania będą wymagały zarówno (niestety) silnych stanowisk w zakresie wartości oraz sposobów działania, jak i reakcji ze strony opinii publicznej, która dość długo raczej milczała. Chodzi tu naturalnie o trzy problemy: przede wszystkim o imigrację z krajów spoza świata zachodniego oraz spoza terenów wyrosłych na gruncie tradycji chrześcijańskiej, ponadto o terroryzm i jego wciąż jeszcze w pełni niedostrzeżone konsekwencje filozoficzne oraz polityczne, i wreszcie o religię, której rola w demokracji - nieoczekiwanie dla wielu myślicieli - staje się przedmiotem sporu, który może mieć, a nawet zapewne musi mieć, konsekwencje w dziedzinie podstawowych zasad. We wszystkich tych trzech wypadkach o kompromis nie jest łatwo, a opinia publiczna odgrywa coraz większą rolę.

Te trzy wielkie problemy świata zachodniego nie odgrywają jeszcze zasadniczej roli w Polsce, bo jak zwykle Polakom się zdaje, że jak ich coś zupełnie bezpośrednio nie dotknęło, to problem nie istnieje. Jednak nieuchronnie wszystkie te zagadnienia - czy, jak kto woli, wyzwania - staną przed nami. I żadne kompromisy taktyczno-techniczne nie wystarczą, by sobie z nimi poradzić i jednocześnie zachować demokrację w kraju. Obecnie nikt na świecie nie wie, jak dobrze rozwiązywać te problemy, ale zarówno intelektualiści, jak i politycy nieustannie się nad tym zastanawiają. A my się zastanawiamy na razie tylko nad tym, jak dobrze uczyć i budować autostrady - co też wzbudza zasadnicze spory. Polska nie ma patentu na uniknięcie imigracji, terroryzmu czy sporów o rolę religii. Polska nie jest też w jakiś szczególny sposób zabezpieczona przed inwazją tych problemów: ani dzięki tradycji, ani dzięki obyczajowości, ani dzięki cechom charakteru narodowego.

Skoro można było wywołać dramatyczny spór o sprawę doprawdy - wydawało się - mało sporną, jaką stanowi ratyfikacja traktatu lizbońskiego, to proszę sobie wyobrazić, jakie będą spory o uprawnienia imigrantów, kiedy będą przybywać ich rocznie dziesiątki tysięcy. Właśnie dlatego że demokracja jest ustrojem na wszystkie czasy - także na ciężkie - i że powstawała w okolicznościach dalece jej niesprzyjających oraz przetrwała bardzo trudne okoliczności, musi opierać się na kompromisie ideowo-filozoficznym.

Nie da się ponadto wznieść żadnej solidnej demokratycznej konstrukcji mentalnej i obyczajowej, nie tylko instytucjonalnej (bo instytucje bardzo łatwo jest zakładać), na fundamencie czystej taktyki. Mówiąc wprost: polityka nie polega na taktyce, lecz na pryncypiach i na podejmowaniu decyzji, które miewają często długofalowe, a czasem wręcz nieodwracalne znaczenie. Jak można uprawiać politykę opartą na kompromisie, który ma postać mniej lub bardziej jawnego szantażu? Nie można i dlatego zmiana filozoficznych podstaw sceny politycznej w Polsce wydaje się niezbędna i nieunikniona. To nie są pobożne życzenia, to są realia polityki niezbędne do realizacji wspólnego interesu polskiego społeczeństwa.

Marcin Król

p

*Marcin Król, ur. 1944, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Style politycznego myślenia" (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego konserwatywnego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał m.in. "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Jest stałym współpracownikiem "Europy". Ostatnio w nr 206 z 18 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Lokomotywy historii".