Czy za rządów PO realne konflikty polityczne w Polsce zanikły? Czy wkroczyliśmy w epokę demokratycznej nudy, kiedy możliwe są co najwyżej parlamentarne pyskówki, ale nie poważne, angażujące społeczeństwo spory? Na te pytania odpowiadali na naszych łamach m.in. Andrzej Nowak i Aleksander Smolar. Dziś przedstawiamy kolejny głos - znanego politologa i publicysty Rafała Matyi. Jego zdaniem prawdziwe podziały i osie sporu trzeba w Polsce... dopiero wymyślić. Na razie mamy do czynienia z "polityką bez właściwości", dziwaczną przepychanką w obrębie elit, w której obowiązują kryteria coraz mniej mające wspólnego ze społeczną rzeczywistością. Wszyscy walczą pod sztandarami rodem z innej epoki. Liberalna elita jak w latach 90. próbuje walczyć z "ciemnogrodem". A konserwatyści tak jak dawniej po cichu liczą na to, że fala nowoczesności jednak się odwróci... Obie strony mają poważne problemy z tożsamością. Liberałowie nie są w stanie wyjść z zaklętego kręgu komunałów o postępie i społeczeństwie obywatelskim. Chcą za wszelką cenę utrzymać swój monopol na cywilizacyjną misję, choć staje się to coraz trudniejsze. Te kłopoty liberalnego centrum - wskazuje Matyja - są szansą dla konserwatystów, by wyzwolić się od etykietki ciemnogrodu i zaproponować nowe linie podziału w debacie o Europie czy globalizacji. Wymaga to jednak podjęcia rzeczywistej "gry z nowoczesnością", a nie ciągłego odwracania się do niej plecami w poszukiwaniu coraz bardziej iluzorycznych "silnych wartości".

p

Rafał Matyja*:

Jaki spór jest Polsce potrzebny?

Wypracowanie nowych istotnych osi podziału stanie się w najbliższych kilku latach testem intelektualnych możliwości polskich elit. Kryterium oceny tych możliwości będzie zarówno ich społeczna istotność - pozwalająca na rzeczywistą, a nie pozorną partycypację polityczną obywateli - jak i merytoryczna adekwatność względem wyzwań, jakie staną przed krajem. W poszukiwaniu tych osi podziału istotniejsze niż wpatrywanie się w socjologiczne realia jest zrozumienie nowej funkcji elit - z jednej strony zarządzających własnym państwem, a z drugiej - funkcjonujących w nowych realiach międzynarodowego oddziaływania.

Choć zapewne jesteśmy jeszcze daleko od w miarę adekwatnego opisu realnych i perspektywicznie istotnych podziałów, to wypowiedzi Aleksandra Smolara i Andrzeja Nowaka ułatwiają postawienie kilku kroków w tym kierunku. Smolar słusznie zwraca uwagę na istotny podział między "kosmopolitycznymi elitami" a ludźmi "przywiązanymi do ziemi". Co więcej, wzbogacając go wewnętrznym napięciem w grupie pierwszej - między zwolennikami globalizacji a rzecznikami integracji europejskiej - pokazuje jeden z możliwych scenariuszy budowania efektywnego politycznie podziału także w poprzek tej drugiej, znacznie liczniejszej grupy. Polityczna wyobraźnia łatwo przenosi nas do kraju, w którym dwie rywalizujące elity wygrywają społeczne lęki i obawy przed niekorzystnymi skutkami globalizacji bądź integracji europejskiej, przedstawiając się przy tym z właściwą sobie hipokryzją jako dwa odłamy obozu patriotycznego.

Taki możliwy scenariusz sugeruje przy tym istotne zastrzeżenie, każąc dostrzec wzajemną nieadekwatność nośnych politycznie podziałów społecznych i realnych podziałów w świecie elit. Warto zatem odróżnić "podziały partyjne" od tych, których rozstrzygnięcie niechętnie zostanie pozostawione wyborcom. Tych, które elity wolą rozstrzygać we własnym gronie - choć niekoniecznie zakulisowo. Mogą uznać po prostu, że rozstrzygnięcie nie powinno zapaść w Sejmie ani zostać narzucone przez ten czy inny układ rządzący. Ale nie mają nic przeciwko temu, by było ono dyskutowane w mediach, by było przedmiotem badań opinii publicznej.

Warto zwrócić w tym kontekście uwagę na argumenty Andrzeja Nowaka, który wskazuje na pewną patologię funkcjonowania elit w minionych 20 latach. Patologię opartą na dążeniu jednego ośrodka czy środowiska nie tylko do monopolizacji decyzji przekazywanych elitom, ale do faktycznego monopolu na określanie tematów lub ram dyskusji. To, o czym pisze Nowak, prowadzi nas do drugiego istotnego zastrzeżenia: tylko w warunkach realnego pluralizmu elit można bezpiecznie decydować o wyłączeniu pewnych kwestii z rywalizacji partyjnej i wyborczej.

Sprawa wydaje się tym bardziej istotna, im głębsza jest dysfunkcjonalność polskiej polityki. W ostatnich latach scena polityczna stała się bowiem w zasadzie samowystarczalna. Nie poszukuje już nośnych społecznie problemów, które objaśniałyby różnice między partiami. Ludzie Kaczyńskiego mogą walczyć z ludźmi Tuska w przestrzeni szczelnie wypełnionej waśniami i urazami personalnymi, nieustannymi zarzutami łamania reguł gry, patosem groteskowych oskarżeń.

Dwie główne partie nie szukają już nowych sposobów mobilizowania poparcia. Jeszcze cztery lata temu PiS potrafił identyfikować i politycznie nazywać ważne społeczne interesy. Postulując otwarcie korporacji prawniczych, potrafił pozyskiwać sympatię młodych absolwentów prawa. Do swojej tradycyjnej retoryki dodawał pewien "liberalny komponent", dzięki któremu zwracał na siebie uwagę także innych grup specjalistów wchodzących na rynek pracy. Dziś takie zabiegi uznano by pewnie za niepotrzebną stratę czasu.

Spin doktorzy obu ośrodków politycznych nie zastanawiają się, jak za pomocą sporu o służbę zdrowia w sposób korzystny dla własnej partii objaśnić istotę politycznej różnicy względem przeciwnika. Partie są doskonale obojętne wobec programu zmian w szkolnictwie wyższym, wobec dyskusji o perspektywach kryzysu energetycznego czy nawet rosnących problemów płacowych w budżetówce niesprowadzających się jedynie do postulatu "więcej", ale często prowadzących do sporu o "sprawiedliwiej".

Stawiane zatem pytanie o efektywne politycznie podziały społeczne może być do pewnego stopnia pytaniem "nie na czasie", pytaniem chwilowo przynajmniej nieaktualnym. Właśnie wygaśnięcie podziału postkomunistycznego stwarza pewnego rodzaju okazję do polityki bez właściwości. Do polityki, która jest łatwiejsza, w tym sensie, że główni gracze nie muszą "schylać się po społeczne poparcie", walczyć o sympatię poszczególnych grup. Wystarczy podtrzymywać symboliczne więzi z elektoratem i podkreślać niechęć do tych, których ów elektorat nie lubi, by zyskiwać jego zrozumienie i lojalność. Krótkoterminowa koniunktura polityczna podpowiada spin doktorom obu stron taki właśnie styl działania.

Podziały socjopolityczne, które stoją za nielubieniem Tuska czy Kaczyńskiego, są znacznie mniej uzasadnione ekonomicznie (biedni-bogaci) czy geograficznie (metropolie-prowincja), niż wskazują na to proste statystyki. Rekrutacja do obu obozów odbywa się przede wszystkim na podstawie podobnego adresowania zaufania i nieufności, a nie sztywnych interesów. Pytanie o preferencje wyborcze jest pytaniem raczej o to, czemu lub komu ufamy albo czego lub kogo się obawiamy, a nie o proste usytuowanie w społecznej hierarchii.

Obraz dystrybucji zaufania został dodatkowo zafałszowany przez - znacznie bardziej interesowne - postawy elit objaśniających społeczne zachowania. Jak pisze Andrzej Nowak: "Ten konflikt, nie o idee, ale o pozycję, o prestiż, o dominację jednego salonu - jest dziś jak najbardziej realny. Zdaje się on wciągać wielkie media i całe partie w swój wir. Poziom osiąganej w nim histerii wynika zapewne z faktu, że nie chodzi o zwykłą w demokratycznych systemach cyrkulację elit, ale o zmierzch elity powstałej w systemie totalitarnym". W tej sytuacji doszło do rzeczywistej dyskwalifikacji obaw jednego z rywalizujących podmiotów, do publicznego zdezawuowania jego racji przez dominujący głos elit.

Paradoksalnie zresztą obie rywalizujące części elity: większościowa, antypisowska i mniejszościowa, broniąca wprost racji tej partii, doprowadziły do faktycznego uproszczenia różnic, które dzieliły polityków. Obie pilnowały raczej dyscypliny towarzysko-politycznej i nie poszukiwały nowych sposobów objaśnienia sytuacji. To uproszczenie jest dla obu stron sporu i dla samych elit zabójcze. Po pierwsze dlatego, że sprowadza ich rolę jedynie do sekundowania i tak jałowej debacie politycznej. Po drugie dlatego, że siła racji, jakie stoją za różnymi kompozycjami zaufania i nieufności, nijak ma się do siły głosów, które w tych czy innych wyborach popierają poszczególne partie. Po trzecie wreszcie dlatego, że zadaniem myśli politycznej jest nie tyle dostarczanie amunicji politykom, ile krytyczna ocena ich działalności - zarówno tych, którzy są nam ideowo bliscy, jak i ich przeciwników.

Realnym podziałem wewnątrz elit jest - mający swe źródło w nierównowadze lat 90. - podział na hołubionych przez "Gazetę Wyborczą" oraz na sytuacyjny sojusz zwalczanych i pomijanych przez to centrum towarzysko-polityczne. Jeżeli istnieje dziś nić porozumienia między Ryszardem Bugajem i Ludwikiem Dornem, między Andrzejem Nowakiem i Rafałem Ziemkiewiczem, to ma ona swe źródło w tym kluczowym dla tamtej epoki podziale sytuacyjnym. Jednak merytoryczna istotność tego podziału jest nikła. "Gazeta" przestała być istotnym punktem odniesienia, a jej funkcje zostały sprowadzone do prostego odruchu obronnego niewymagającego już nawet żadnych dodatkowych interpretacji.

Istotnym podziałem wewnątrz elit będzie natomiast ciekawie, choć nieco powierzchownie opisany przez Smolara stosunek do narodu, do "polskiej lokalności". Smolar demaskuje jako wyłączoną z kosmopolitycznej elity i z własnej winy przypisaną do ziemi tę część inteligencji, "która ze względu na swoje kwalifikacje, często humanistyczne (literatura, historia kraju itd.), ale też i na swoje pasje ideowe, jest przywiązana do koncepcji narodu", po czym wskazuje na to, iż także nacjonalizm wyrastał w środowiskach inteligenckich. Problem jednak w tym, że nacjonalizm - w jego dawnym wydaniu - nie jest dziś postawą żadnego liczącego się środowiska intelektualnego.

Co więcej, jeżeli przyjmiemy, że każda polityka - także liberalna - musi mieć u swych źródeł jakąś koncepcję wspólnoty, to zauważymy, że kwestia podziałów jest bardziej złożona. Na prawicy dominowało do niedawna tradycyjne, raczej konserwatywne niż nacjonalistyczne, rozumienie narodu jako wspólnoty pokoleń, wspólnoty losu historycznego. Co więcej, zwolenników takiego rozumienia dzielił spór, który Andrzej Nowak precyzyjnie opisał przy innej okazji jako spór między patriotyzmem republikańskim (przywiązanym do zasad ustrojowych) i patriotyzmem imperialnym (przywiązanym do państwa jako takiego). Nowym nurtem na polskiej prawicy jest "republikanizm konstruktywistyczny" postulujący polityczne "zbudowanie wspólnoty" przez zabiegi z pogranicza polityki historycznej i korekt ustrojowych mających na celu wzrost obywatelskiej partycypacji.

Jednak problem z tezą Smolara nie dotyczy wyłącznie powierzchownego opisu stanowiska "przypisanych do ziemi". Nie dotyczy nawet demaskatorskiego aspektu cytowanego zdania. Podstawowe pytanie brzmi: jaka wspólnota stanowi punkt odniesienia "drugiej strony", która nie jest "przypisana do ziemi"? Jeżeli nie któraś z wizji polskiej wspólnoty politycznej - to jaka? Kosmopolityczna wspólnota "klasowej arystokracji"? Dość mglista dziś wspólnota polityczna Unii Europejskiej? Przecież nie utopijne "społeczeństwo obywatelskie", którym bez skutku raczono nas kilkanaście lat temu, traktując je jako ideał wspólnoty pozbawionej narodowych, religijnych czy innych właściwości.

Pułapka, którą Smolar zastawia sam na siebie, przypomina nieco tę z "Barbarzyńców" Kawafisa. Jego antagoniści są warunkiem sine qua non jego własnej koncepcji. Trzyma się ona w znacznym stopniu na misji równoważenia "prawicowych" czy "narodowych" żywiołów, które wyrażają postawy ludzi "przypisanych do ziemi". Opis Smolara jest w swoich najgłębszych warstwach lokalny i osadzony w dawnych - może nawet bardzo dawnych - tradycjach sporu o polskość. Sam Smolar podsuwa zresztą XVIII-wieczny kostium dla swego kosmopolitycznego konceptu. Konceptu, którego liberalność, racjonalność i postępowość są zrozumiałe i uzasadnione tylko w specyficznym kontekście. Kontekście, który jest coraz bardziej nierzeczywisty.

Kosmopolityczna elita ma bowiem dziś poważnego rywala w postaci kosmopolitycznego ludu, który istniał zawsze, ale obecnie zyskał szerokie możliwości przemieszczania się. Co więcej, ów kosmopolityczny lud ma nieco zawstydzający stosunek nie tylko do narodu, ale także do tych wartości, na których zapewne kosmopolitycznej elicie zależy. Postawa "przypisania do ziemi" jest zatem raczej związana z wiekiem, może również z charakterem, ale już w niewielkim stopniu z wykształceniem czy zawodem.

Co więcej - jak dostrzegł to sam Smolar - kosmopolityczna elita musi dokonać przewartościowań, by na nowo wymyślić swą misję w przestrzeni, w której dziś jeszcze nie ma nawet zarysu wspólnoty mogącej stanowić dla niej punkt odniesienia. Nie może naiwnie liczyć na odsiecz ze strony młodych i wykształconych. Postawy tych ostatnich są często zaskakujące nie tylko dla konserwatystów. Jest wśród nich zadziwiająco wiele anachronicznego przywiązania do banalnych starych prawd i idei. Ich postępowość bywa zatem bardziej XIX-wieczna niż rzekomy anachronizm niejednego polskiego konserwatysty.

Zwłaszcza że wielu konserwatystów, rozumiejąc ograniczenia swoich poglądów, stara się mówić w jakimś stopniu językami nowoczesności, a w najmłodszym pokoleniu nawet chętniej - ponowoczesności. Podobnie dzieje się na ożywionej intelektualnie młodej lewicy, ciągle jeszcze bardziej skłonnej do eksperymentowania i dekonstruowania niż do formułowania nadętego laickiego credo. Najbardziej nudne, przywiązane do wytartych sloganów jest liberalne centrum, aspirujące do bycia wszystkim co dobre i postępowe właśnie. Nawet liberalizm młodego pokolenia nie jest dziś witalny, bo strona, po której się opowiada, to język formułek powtarzanych do znudzenia i bez wiary na wszystkich szczeblach edukacji, w przeważającej większości mediów, przez niemal wszystkie kulturalne autorytety, które własnego zdania używają właściwie wyłącznie w kolektywnym i apriorycznym orzekaniu o tym, co godne uznania, a co oburzenia.

Przekleństwem i słabością owego centrum są wypracowane w latach 90. nawyki ograniczania dyskusji, respektowania autorytetów, redukowania wewnętrznej krytyki. O ile wewnętrzna różnorodność, ba, nawet skłócenie, zagwarantowały prawicy intelektualną żywotność i utrzymały prawo do wewnętrznej krytyki, o tyle najsilniejsza dziś politycznie opcja ma na swoje usługi jedynie dwa bataliony polemiczne zaprawione w unicestwianiu prawicy i kilka bardziej refleksyjnych umysłów, które postrzega zresztą raczej jako zagrożenie niż potencjalny atut.

"Kosmopolici" okazali się za słabi, by dostrzec i opisać dylematy i możliwe podziały. Nic nie przeszkadzało temu, by na licznych wciąż łamach liberalnej prasy toczył się spór "globalistów" z "europejczykami". By polityczne sztaby opracowały (na podstawie jego rozpoznania) strategie konfliktu, którego rezultat byłby dla tej grupy niegroźny. "Jednolitofrontowe" stanowisko w sprawie członkostwa w Unii i interwencji w Iraku, dogmatyczne wyśmiewanie gospodarczego nacjonalizmu w imię ideałów prywatyzacji, wreszcie perswazyjna kampania przeciwko temu, co w kulturze narodowe i religijne, pozbawiły "kosmopolitów" szansy na odegranie takiej roli.

Strategia polityczna PiS uniemożliwiła z kolei pozyskanie istotnych sympatyków w "klasie kosmopolitycznej" przez lepiej przygotowane do intelektualnych podbojów grupy intelektualne wywodzące się z kręgu "przypisanych do ziemi", wielobarwnych konserwatystów. Mimo to zasadnicza - strukturalna - słabość strategii liberalnych tworzy nadal pewną koniunkturę dla tych ostatnich. Koniunkturę, której wykorzystanie wymaga dokonania istotnego dla przyszłości rozłamu właśnie wewnątrz nurtu konserwatywnego.

Wówczas główny spór polityczny (choć niekoniecznie partyjny) toczyłby się między strategią "patriotyzmu państwowego" nastawionego na silną pozycję Polski w strukturach europejskich, i co za tym idzie wyposażonego we własny, pozytywny projekt tych struktur, a strategią "patriotyzmu tożsamościowego". Ten drugi może stać się skuteczny przez wykorzystanie pewnych trendów globalnych z natury wrogich europejskiej integracji, może - a są oznaki, że to rozumie - europejskiej nowoczesności przeciwstawić połączenie antynowoczesnych strategii postmodernizmu z wątkami tradycji narodowej. Tymi wątkami, które dadzą się przetłumaczyć na język przyzwyczajonego do formalnych reguł postmodernizmu widza i czytelnika.

Obie możliwe strategie konserwatyzmu są zatem ryzykowne i opierają się na trudnym dla polskiej prawicy wyrzeczeniu się dobrego samopoczucia i zdolności do idealizacji własnych postaw. Wymagają podjęcia gry z nowoczesnością. Gry, do której z obrzydzeniem podchodzą dziś wszystkie istotne nurty polskiej inteligencji, zarówno te postępowe, wzywające do pełnego rozkoszy poddania się nowoczesności w każdym jej wymiarze, jak i te konserwatywne - czerpiące siłę do życia z nadziei na całkowite odrzucenie nowoczesności. Droga rewitalizacji głównych nurtów ideowych - a zarazem powrotu elity do znaczącej roli w kształtowaniu polskiego losu - biegnie zatem przez porzucenie własnego psychicznego komfortu, przyjemności bycia niewinnym i nieświadomym, na rzecz bycia podmiotowym i branym pod uwagę.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 219 z 14 czerwca br. zamieściliśmy jego tekst "Zerwana ciągłość".