Książkę "A jeśli nasz świat jest ich rajem?" czyta się do pewnego stopnia jak powieści i opowiadania Dicka. Autor "Człowieka z Wysokiego Zamku" i "Ubika", przedstawiając kulisy powstawania swojej twórczości, snując rozważania filozoficzne i religijne, zapuszcza się w najdalsze, nierzadko upiorne zakątki swojej wyobraźni. Mamy tu całą paletę jego narkotycznych wizji kojarzących się z obrazami Hieronima Boscha. Wypowiedzi Dicka przeradzają się niepostrzeżenie w narrację literacką. Wyrwane z kontekstu mogą po prostu sprawiać wrażenie fragmentów jego psychodelicznej prozy. Uproszczeniem byłoby jednak potraktowanie amerykańskiego pisarza jako kolejnego twórcy, w którego umyśle narkotyki otworzyły na oścież "drzwi percepcji" (by nawiązać do tytułu głośnej książki Aldousa Huxleya). Dick nie stroni od autoironii. Potrafi zdobyć się na dystans wobec wypowiadanych przez siebie treści, które dla przeciętnego człowieka brzmią zapewne jak dyskurs szaleńca. Gdybyśmy mieli szukać wartościowych i nadal aktualnych elementów dziedzictwa kontrkultury lat 60., znaleźlibyśmy je właśnie u Dicka. I to niezależnie od tego, że przybierały one u niego formę obsesji. Dziś, kiedy dzięki coraz doskonalszym technologiom symulakry wypierają rzeczywistość, nie potrzeba już nawet środków halucynogennych, by zatracić z nią kontakt. z

"A jeśli nasz świat jest ich rajem? Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem",
przeł. Michał Lipa,
Editio 2008

p

Filip Memches: Fantastyka uchodzi powszechnie za podrzędny gatunek literacki. Tymczasem Philip K. Dick - bądź co bądź czołowy jej przedstawiciel - cieszy się opinią jednego z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich ubiegłego stulecia…
Lech Jęczmyk*: Dick zaczynał jako pisarz amerykańskiego "realizmu społecznego" w stylu Johna Steinbecka. Tematem jego twórczości z tego okresu są uciskani robotnicy i wyzyskujący ich właściciele fabryk. Ale te powieści były odrzucane przez wydawnictwa. Wówczas Dick przerzucił się na fantastykę, do której zresztą miał stosunek lekceważący. Używał rozmaitych jej rekwizytów żartobliwie. W jego prozie pojawił się zjadliwy humor, którego we wcześniejszych powieściach brakowało. Środowisko science fiction w USA, które tworzy pewną zamkniętą grupę, nie akceptowało go, bo wykraczał poza sztywne reguły gatunku, natomiast inne środowiska nie miały o nim pojęcia. Pisarz został odkryty dopiero w Europie. Przyczynił się do tego również Stanisław Lem. Otoczony sławą w Europie Dick zaczął odnosić sukcesy także w Ameryce. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, myślę, że być może jest on w ogóle najważniejszym pisarzem drugiej połowy XX wieku, choć tego typu klasyfikacje są zawsze warunkowe.

Motywem przewodnim twórczości Dicka jest chorobliwa wręcz nieufność wobec rzeczywistości. Ktoś mógłby pomyśleć, że jego teorie spiskowe pasują co najwyżej do produkowanych seryjnie i sprzedawanych w dworcowych księgarniach thrillerów. Trudno w tym kontekście mówić o wielkiej literaturze.
Fantastyka nie może funkcjonować bez teorii spiskowych, podobnie jak kryminały, w których musi być założenie, że skoro jest trup, to ktoś zabił, w jakimś celu i można tego kogoś znaleźć. Ale Dick szedł dalej i głębiej. Zrobił z science fiction to, co Dostojewski z kryminałem w "Zbrodni i karze". Drążył dwie poważne kwestie: co to jest rzeczywistość i kto to jest człowiek. Zastanawiał się, jak odróżnić człowieka od nieczłowieka. W powieści pod najdziwniejszym chyba tytułem na świecie "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" pojawia się specjalna aparatura, która potrafi odróżniać człowieka od androida. Według Dicka człowiek wyróżnia się spośród sztucznych humanoidów zdolnością do miłości i współczucia. Ta prawda w kraju chrześcijańskim nie powinna skądinąd być niczym zaskakującym. A jeśli chodzi o kwestię chorobliwej nieufności, to trzeba powiedzieć, że pisarz przez długi okres swojego życia zażywał w ogromnych ilościach narkotyki. W Kalifornii lat 60. opinia o narkotykach była taka, że poszerzają one świadomość. Nie zdawano sobie sprawy ze szkód, jakie to przynosi. Dick miał cały czas poczucie, że nie wie, w jakiej rzeczywistości żyje. Przyglądał się swojemu otoczeniu niezwykle podejrzliwie, patrzył, czy ono się nie rozpadnie. Wreszcie doszedł do wniosku, że rzeczywistość to jest to, co nie znika, kiedy przestajemy o tym myśleć lub się temu przypatrywać.

Może był po prostu kolejnym dzieckiem epoki kontrkultury - epoki, która z wszelkiej transgresji, również dokonywanej za pośrednictwem narkotyków, uczyniła swój znak firmowy? Tyle że okazało się to drogą donikąd…
Dick pisał o problemach odwiecznych, a jednocześnie był mieszkańcem Ameryki w takim a nie innym okresie jej historii. Nienawidził Nixona, nienawidził wojen. Bał się FBI - zrobiono mu zresztą przeszukanie w domu, co jego zdaniem spowodowane było pochwalną recenzją, jaką otrzymał ze Związku Sowieckiego. Jednocześnie podejrzewał Lema o to, że tak naprawdę nie jest człowiekiem, a za jego nazwiskiem kryje się organizacja komunistyczna zamierzająca zwabić Dicka do Krakowa i odesłać dalej na wschód. Geniusz musi mieć w sobie tę odrobinę szaleństwa… Tak jak zdrowy małż nie wyda z siebie perły, tak i człowiek zbyt normalny nie stworzy arcydzieł. Co ciekawe jednak, Dick w swoich powieściach i opowiadaniach potrafił swoje szaleństwo dyscyplinować i poddawać regułom literackiej logiki. W powieści "Przez ciemne zwierciadło" detektyw wchodzi w świat ćpunów tak głęboko, że ostatecznie ląduje w zakładzie dla osób w stanie beznadziejnym, dla ludzi-warzyw. Kiedy jednak przychodzi do niego policja, wyjmuje z cholewy buta jakiś listek i jej podaje. Nie ma z nim już żadnego kontaktu, ale przekazuje w ten sposób ważną informację, bo okazuje się, że w tym właśnie zakładzie hoduje się i produkuje narkotyki. I Dick jest właśnie kimś takim, kto wyszedł bardzo daleko, na tamtą stronę lustra, ale potrafi jeszcze opowiedzieć nam - w języku dla nas zrozumiałym - co się tam dzieje. Gdyby posunął się jeszcze trochę dalej, skończyłoby się to zwykłym bełkotem. Tak się jednak nie stało. I to jest najlepsza rzecz, jaka może się przydarzyć szalonym geniuszom - że potrafią swoje szaleństwo opowiedzieć językiem zrozumiałym dla człowieka normalnego.

Jakie współczesne nam zagrożenia przeczuwał Dick?
Postrzegał na przykład Amerykę jako państwo policyjne. Dzisiaj, po okresie rządów Busha, po wprowadzeniu ustawy Patriot Act, staje się to niepokojąco realne. W powieści "Prawda półostateczna" Dick przedstawia społeczność żyjącą pod ziemią, pracującą w fabrykach w straszliwych warunkach, bo jej członkowie są przeświadczeni o tym, że na powierzchni ziemi trwa wojna atomowa, o czym informuje ich telewizja. Okazuje się jednak, że nie ma żadnej wojny, że bogaci ludzie żyją w przepychu, a przekazywanie informacji o wojnie i zniszczeniu kolejnych amerykańskich miast służy im do tego, by utrzymywać w strachu tych, co mieszkają pod ziemią. To jest metafora realnych rządów strachu, o których pisze dziś chociażby Naomi Klein.

*Lech Jęczmyk, ur. 1936 r., tłumacz, autor polskich przekładów książek Philipa K. Dicka