Na którym z tych zapalnych obszarów ryzyko katastrofy - politycznej, społecznej czy ekonomicznej - jest największe? Ian Bremmer, specjalista w dziedzinie oceny ryzyka, sporządza dziś na naszych łamach swoisty ranking najbardziej niebezpiecznych miejsc i konfliktów na świecie. Co ciekawe, pierwsze miejsce zajmuje w nim… Waszyngton. Zdaniem Bremmera podejmowane tam działania niosą dziś ze sobą ryzyko największe, bo dotyczące literalnie całego świata. Jeśli nowa amerykańska administracja podejmie nietrafne decyzje, gdy chodzi o walkę z kryzysem gospodarczym, skutki dla całego światowego systemu ekonomicznego będą katastrofalne. Niebezpieczeństwo takich nietrafnych działań jest wedle Bremmera realne, bo wychylony na lewo, zdominowany przez Demokratów Kongres aż pali się do coraz to nowych interwencji w gospodarkę. Bremmer nie przewiduje natomiast, by problemem dla świata okazały się Chiny - mimo alarmujących doniesień o niepokojach społecznych, Państwo Środka pozostanie stabilnym elementem międzynarodowego ładu, a jego gospodarka nadal będzie się rozwijać względnie dynamicznie.

p

Ian Bremmer*:

Ryzyko dotyczy dziś wszystkich - także największych i najbogatszych

Nietrudno jest przedstawić negatywną perspektywę rozwoju na najbliższy rok, biorąc pod uwagę polityczną destabilizację, która stanowi naturalną konsekwencję głębokiego spowolnienia całej gospodarki światowej. Za niepewną sytuacją na rynkach kryją się jednak dwa ważne czynniki strukturalne, których zrozumienie pomoże nam ocenić w odpowiednim kontekście czekający nas okres bezprecedensowo wysokiego ryzyka politycznego.

Po pierwsze będziemy mieli więcej interwencji państwa w gospodarce światowej. Po drugie będzie to nieskoordynowana interwencja podejmowana przez różne podmioty na szczeblu lokalnym, regionalnym i ogólnokrajowym, przy czym wiele z tych podmiotów będzie się kierowało nieglobalnymi (a często nawet nierynkowymi) poglądami na funkcjonowanie gospodarki. Innymi słowy o losach światowej gospodarki będzie w głównej mierze decydowała polityka.

W tym kontekście pozwolę sobie przedstawić listę największych zagrożeń na 2009 rok. Na osłodę dodam kilka czynników ryzyka, które moim zdaniem są wyolbrzymiane.

Ameryka: Kongres w natarciu

Ryzyko polityczne tradycyjnie w największym stopniu wpływało na gospodarki krajów rozwijających się, ale w tym roku będzie inaczej. Obecny kryzys finansowy wytworzył bezprecedensową przestrzeń dla ingerencji państwa w gospodarkę również w krajach rozwiniętych. Dotyczy to zwłaszcza Stanów Zjednoczonych.

Najbardziej dalekosiężne reakcje na kryzys - największe programy stymulacyjne i decyzje polityczne o najistotniejszych konsekwencjach gospodarczych - wyjdą od rządu USA. Administracja Obamy, w okresie przejściowym ciesząca się 80-procentowym poparciem, jest witana z ogromną ulgą i entuzjazmem. Wiedząc o wielu poważnych problemach, które na niego czekają, prezydent elekt odrzucił ideologię i zatrudnił ludzi najbardziej kompetentnych, czasem rezygnując ze swoich lojalnych zwolenników. Zespół od spraw krajowych jest solidny i spójny. Larry Summers i jego ekipa to pragmatyczni, centrowi technokraci, którzy są zwolennikami wolnego handlu i globalizacji. (W sferze polityki zagranicznej Obama dobrał sobie ludzi równie utalentowanych, ale nietworzących zgranej drużyny. To jednak osobna kwestia: na rozwiązywanie problemów związanych z Chinami, Rosją czy Bliskim Wschodem przyjdzie czas później, nie w 2009 roku).

Z Kongresem sprawa wygląda inaczej. Obama dysponuje wyraźniejszą demokratyczną większością, niż jest to dla niego korzystne. Na Kapitolu też widzimy dosyć spójną ekipę - na dodatek silną swoim przekonaniem, że władza wykonawcza poważnie przekraczała w ostatnich latach swój mandat. Zdominowany przez Demokratów i znacznie bardziej lewicowy ideowo Kongres będzie odczuwał potrzebę stanowczego reagowania na kryzys, aby pokazać, że coś robi. Krótko mówiąc, Kongres przejdzie od blokowania projektów prezydenckich do przejmowania inicjatywy ustawodawczej.

Najważniejsze pytanie na ten rok brzmi: kto przeforsuje swój program gospodarczy - Biały Dom czy Kongres? Wszystko wskazuje na to, że w stosunku do ostatniej dekady wahadło mocno wychyli się w stronę Kongresu.

Azja Południowa - widmo terroryzmu

Sytuacja w Indiach, Pakistanie i Afganistanie znacznie się pogorszy, a Stany Zjednoczone i Europa będą zmuszone głębiej zaangażować się w konflikty we wszystkich tych trzech krajach, czego efekty zresztą w tym roku jeszcze za bardzo się nie uwidocznią.

Obszar ten zasłużyłby na drugie miejsce na naszej liście nawet bez pakistańskich wojsk przy granicy z Indiami. W ciągu minionej dekady ognisko zagrożenia terrorystyczno-strategicznego konsekwentnie przesuwało się na wschód - z Izraela/Libanu do Iraku/Iranu, a teraz do Afganistanu/Pakistanu/Indii. Słabość tamtejszych instytucji politycznych w połączeniu z kryzysem gospodarczym sprawia, że nasilenie się radykalizmu islamskiego stwarza poważne ryzyko dla wielu krajów na całym świecie (szczególną uwagę trzeba zwrócić na Algierię, Egipt, Somalię i Jemen), ale w Azji Południowej będzie ono wyjątkowo wysokie. Problemy Pakistanu odbijają się na Afganistanie i Indiach, a reakcje obu tych krajów (jak również Stanów Zjednoczonych) pogłębią destabilizację polityczną w Pakistanie i spowodują wzrost napięcia w całym regionie. Jeśli dojdzie do dużego zamachu terrorystycznego na terenie Stanów Zjednoczonych - a takie jest w tej chwili najpoważniejsze z potencjalnych zagrożeń - to z największym prawdopodobieństwem dokonają go terroryści mający swoją bazę w Pakistanie/Afganistanie.

Iran i Izrael: wzrost napięcia

Prawdopodobieństwo amerykańskiego ataku na Iran zdecydowanie zmalało w ciągu ostatnich dwóch lat, przede wszystkim z powodu tarć między wiceprezydentem Cheneyem i innymi członkami ekipy Busha oraz zwycięstwa wyborczego Baracka Obamy. Mimo to rok 2009 będzie niezwykle istotny w kontekście konfliktu między Iranem i Izraelem.

Chociaż w najbliższych miesiącach wzrośnie międzynarodowa presja na Teheran, irański program nuklearny nie zwolni tempa. Jeśli nie nastąpi interwencja militarna, prawdopodobnie na przełomie trzeciego i czwartego kwartału Iran będzie w stanie skonstruować bombę atomową. Administracja Obamy wejdzie na ścieżkę dyplomatyczną, a jeśli to nie przyniesie rezultatu, nasili sankcje, skupiając się na blokowaniu kont bankowych i transakcji finansowych - co przy niskich cenach ropy mocno zaboli ajatollahów.

I na tym kończą się możliwości Waszyngtonu. Stany Zjednoczone (jak również ich europejscy sojusznicy) nieoficjalnie są gotowe tolerować nuklearny Iran, ale nie można tego samego powiedzieć o rządzie izraelskim poddawanym znacznie większej presji wewnętrznej, gdy chodzi o podjęcie jakichś działań. Tym bardziej że cała izraelska scena polityczna przesunęła się w ostatnich miesiącach na prawo. Partia Pracy rozpada się, a szef Likudu Benjamin Netanyahu ma spore szanse zostać następnym premierem.

Mocniej skupiając się na kwestiach bezpieczeństwa narodowego, Izrael będzie prowokował konflikt. Przykładem tego jest nadmierna reakcja na zagrożenie ze strony Hamasu - jednym z celów operacji w Strefie Gazy jest pokazanie rządowi irańskiemu, że żarty się skończyły. Ale równie prawdopodobna jest nadmierna reakcja Teheranu, poczynając od wzmocnienia wsparcia politycznego i militarnego dla proirańskich sił na terytoriach palestyńskich i w Libanie.

Rosja - rynek i Realpolitik

Takich zawirowań w Rosji nie widzieliśmy od paru dekad. Nasuwa się porównanie nie z rokiem 1998 - kiedy Rosjanie przeżyli kryzys walutowy, ale zachowali zręby ówczesnego systemu politycznego i gospodarczego - lecz z rokiem 1989: podstawowe aspekty rosyjskiego systemu mogą się zmienić. Tym razem na gorsze.

Przy dramatycznie (z rosyjskiego punktu widzenia) niskich cenach ropy, ale wciąż wysokich notowaniach Putina (i Miedwiediewa) pierwszą reakcją była konsolidacja władzy. A jednak, chociaż zorganizowana opozycja polityczna właściwie nie istnieje, zaczynamy już dostrzegać pierwsze oznaki niepokojów społecznych. Po raz pierwszy od wielu lat w Rosji odbyły się masowe demonstracje - w 30 miastach z powodu obłożenia cłem używanych samochodów sprowadzanych z zagranicy. W 2009 roku przypuszczalnie zobaczymy więcej protestów, ponieważ zamykane są fabryki zapewniające zatrudnienie całym regionom. Rosjanie niewątpliwie są przyzwyczajeni do życia w ciężkich warunkach, ale w kontekście zupełnie innego ustroju politycznego.

W obszarze polityki zagranicznej nie przewiduję tak poważnych zagrożeń. Rosja (przynajmniej na razie) osiągnęła swoje zasadnicze cele w Gruzji, a spór o powiększenie NATO i tarczę antyrakietową zejdzie na dalszy plan, ponieważ Zachód postanowił zaczerpnąć tchu i ponownie przyjrzeć się obu tym kwestiom. Nie zobaczymy też rosyjskich czołgów na Ukrainie. Gospodarki tych krajów są ze sobą zbyt silnie powiązane i Rosjanie mają za dużo do stracenia. Ale Rosja nadal będzie wichrzycielem na arenie międzynarodowej - bardziej nieprzewidywalnym i oportunistycznym niż w 2008 roku. Jak pokazuje zakręcenie kurka z gazem, Kreml stawia Realpolitik i interes narodowy wyżej od "dyscypliny rynkowej" i wiarygodności jako partnera handlowego. W 2009 roku prawdopodobnie zobaczymy więcej tego typu brutalnych zagrań w rosyjskiej polityce zagranicznej.

Irak - polityka zamiast wojny

Sytuacja w tym kraju na tyle się poprawiła, że wypadł z grona zagrożeń trzymających świat w nieustannym napięciu.

Na pierwszy plan wysunęła się polityka, a nie bezpieczeństwo. Pod nieobecność zewnętrznych wstrząsów (na przykład ataku irańskiego lub interwencji tureckiej na kurdyjskiej północy kraju) obecny poziom stabilizacji jest do utrzymania pod warunkiem że kontyngent amerykański (który liczy 140 tysięcy żołnierzy) nie zostanie znacząco zmniejszony. Obama obiecał jednak podczas kampanii wycofanie wszystkich oddziałów bojowych w ciągu 16 miesięcy - i napotkał poważny opór ze strony niektórych amerykańskich generałów, którzy mają obawy, że taki podyktowany względami politycznymi harmonogram jest niewspółmierny do rzeczywistej sytuacji w Iraku.

Obecność wojsk USA w Iraku jest niepopularna (a jej koszty ludzkie i finansowe wysokie), toteż Obamie trudno będzie oprzeć się naciskom na rozpoczęcie wycofywania żołnierzy w 2009 roku i ogłoszenie konkretnego harmonogramu całej operacji. A to doprowadzi do przesunięć na irackiej scenie politycznej: umocni się pozycja szyickich ekstremistów w Bagdadzie i na południu, wzrosną napięcia między Kurdami i Arabami na tle sporów o zakres autonomii oraz zasoby nośników energii, a dla premiera Nuriego al-Malikiego i całego rządu w Bagdadzie współpraca z Amerykanami będzie coraz większym obciążeniem politycznym.

Potencjalne wyjście wojsk USA z irackich miast do lipca 2009 roku otworzyłoby nowe możliwości uzbrojonym bojówkom, a ci, którzy w ostatnim czasie ograniczyli swoją działalność, wyjdą z ukrycia i będą walczyli o większe wpływy. Realizacja proponowanego harmonogramu wycofywania wojsk będzie zatem trudna, a obecność Amerykanów pozostanie niezbędnym warunkiem utrzymania dzisiejszego poziomu stabilizacji.

Ukraina - chaos gospodarczy

Jak już wspomniałem, Ukraina raczej nie stanie się zarzewiem bezpośredniego konfliktu militarnego, jaki obserwowaliśmy w sierpniu w Gruzji, ale i tak zasługuje na wysokie miejsce na liście zagrożeń, ponieważ tamtejszy rząd nie umie sobie poradzić z poważnymi wyzwaniami związanymi z kryzysem gospodarczym. Burzliwe stosunki z Moskwą z pewnością mu w tym nie pomagają.

Problemy Ukrainy po części wynikają z twardych realiów gospodarczych, takich jak gwałtowny spadek popytu na ukraiński eksport (zwłaszcza stal), wysoki poziom zadłużenia zagranicznego sektora prywatnego, spór o cenę gazu z Rosją i wielka presja deprecjacyjna na hrywnę. W tym kontekście Ukraina rozpaczliwie potrzebuje rządu potrafiącego podejmować spójne decyzje antykryzysowe. Kijów jest od tego bardzo daleki na skutek walk między premier Julią Tymoszenko i prezydentem Wiktorem Juszczenką oraz obstrukcji ze strony opozycyjnej Partii Regionów Wiktora Janukowycza. Cała trójka szefów partii zamierza wystartować w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, co ma większy wpływ na ich decyzje niż kryzys gospodarczy.

Największym zagrożeniem na ten rok jest wzrost niezadowolenia społecznego wywołany kłótniami i przepychankami na szczytach władzy, zwłaszcza na uprzemysłowionym (i bardziej prorosyjskim) południowym wschodzie, gdzie należy się liczyć z największą liczbą zwolnień z pracy. Ważna jest w tym wszystkim rola Rosji. Obie strony prawdopodobnie uzgodnią wyższą cenę gazu na 2009 rok, ale nie usunie to zasadniczej przyczyny konfliktu. Ukraina znajduje się na pierwszej linii krajów, które odczuwają na swojej skórze eurazjatyckie ambicje Rosji.

Podział na pronatowską zachodnią Ukrainę i prorosyjski (w dużym stopniu etnicznie rosyjski) południowy wschód i Krym jeszcze bardziej utrudni słabemu rządowi kierowanie krajem. Jeśli dojdzie do poważnego kryzysu, Rosja może próbować zainstalować rząd znacznie bardziej promoskiewski i mniej prounijny (a już na pewno mniej pronatowski). Krótko mówiąc, Ukraina nie należy do krajów, na które postawiłbym w nadchodzącym okresie pieniądze.

Rozdmuchane zagrożenia: Chiny i ekologia

Brak destabilizujących niepokojów społecznych w Chinach na liście największych zagrożeń może zaskakiwać. W całym kraju wybuchają protesty dotyczące całej gamy problemów, takich jak trujące mleko dla niemowląt, byle jak zbudowane szkoły walące się podczas trzęsienia ziemi w Syczuanie czy przeróżne kwestie gospodarcze. Z drugiej strony poczucie dumy narodowej i ustrojowej jest najsilniejsze od wielu lat. Ludność miejska postrzega spowolnienie gospodarcze jako konsekwencję błędów Zachodu czy szerzej jako porażkę zachodniego systemu wolnorynkowego. Zdaniem Chińczyków jeśli coś wymaga zmiany to nadmierne uzależnienie od Zachodu. Ogromna większość demonstracji ma charakter lokalny, a ogólne nastroje pozostają prawie wyłącznie propekińskie.

Rząd zachowuje jednak czujność i robi wszystko, by pobudzić wzrost gospodarczy i nie dopuścić do wybuchu społecznego niezadowolenia, między innymi rozbudowując sektor publiczny. Na dłuższą metę stwarza to poważne problemy - przede wszystkim na froncie ekologicznym, ale także z punktu widzenia miejsc pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników. Problemy te pociągną za sobą wiele skomplikowanych efektów wtórnych - przyspieszona konsolidacja przedsiębiorstw państwowych doprowadzi do zwiększonego ujednolicenia krajobrazu przemysłowego, a samorządy lokalne skorzystają z okazji do przestawienia gospodarki z wytwórczości na usługi. W 2009 roku będzie się jednak liczyło tylko to, że gospodarka chińska jest dynamiczna i elastyczna, dzięki czemu przypuszczalnie wyjdzie z kryzysu w lepszym stanie niż większość rynków rozwijających się.

Mimo że wszyscy, łącznie z krajami rozwijającymi się, deklarują gotowość włączenia się w system handlu emisjami i inne działania w tym roku nie zobaczymy prawie żadnych poważnych ruchów politycznych w zakresie przeciwdziałania zmianom klimatu. W ekipie Obamy są ludzie, którzy chcą coś zadziałać, ale nie w tym roku - za dużo jest innych priorytetów, za dużo firm, które mogłyby paść na skutek wzrostu kosztów, a poza tym można sobie powiedzieć na uspokojenie sumienia, że wyhamowanie gospodarki i wymuszone kryzysem działania oszczędnościowe spowodują radykalne zmniejszenie emisji dwutlenku węgla.

W obliczu kryzysu Europejczycy też tracą zapał i już zmniejszyli zakres redukcji emisji z 30 do 20 procnet w 2020 roku. Zarówno w Europie, jak i w USA ceny zezwoleń na emisję spadną z powodu mniejszego popytu.

Rynki wschodzące będą miały jeszcze większe problemy z utrzymaniem ekologii wysoko na liście priorytetów. Dotyczy to zwłaszcza Chin, które za wszelką cenę starają się podtrzymać wzrost. Jeśli Państwo Środka będzie emitowało do atmosfery mniej dwutlenku węgla, to dlatego że gospodarka zwolni, a nie dzięki bardziej ekologicznej polityce energetycznej. Spadek cen energii oznacza, że walka ze zmianami klimatycznymi jako droga do zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego również zejdzie na dalszy plan.

Polityka redukcji emisji może się stać potężnym motorem napędowym światowej gospodarki, ale nie w tym roku.

Ian Bremmer

© 2008, Tribune Media Services, Inc.

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Ian Bremmer, ur. 1969, amerykański politolog, analityk i publicysta. Zajmuje się m.in. problematyką transformacji ustrojowej państw oraz globalnego ryzyka politycznego i ekonomicznego. Współpracuje z "International Herald Tribune" oraz "The Washington Post". Opublikował m.in. książkę "The J Curve. A New Way to Understand Why Nations Rise and Fall" (2006). W "Europie" nr 241 z 11 października ub. r. zamieściliśmy jego tekst "Burzyciele światowego ładu".