W Telewizji Polskiej panika. Idą po nas! Spece od propagandy gorączkowo wymyślają paski do TVP Info. Telefony grzeją się od SMS-ów z poleceniami: "Czarna niedziela!", "Sfałszowane wybory?", "Sondażownie oszalały", "Tylko spokojnie, poczekajmy na ostateczne wyniki".

Ale już nazajutrz "Wiadomości" otrząsają się z szoku i przypuszczają atak. Przypominają wszystkie wpadki Grzegorza Schetyny, lapsusy Ewy Kopacz, do tego dużo przebitek na niemiecką flagę, zdjęcia Donalda Tuska szepczącego z Angelą Merkel i ściskającego się z Władimirem Putinem. I sondy uliczne: "Każą nam zwracać pieniądze z 500+!". Na pewno da się w to wpleść także Stalina i Hitlera. Następnego dnia to samo. I kolejnego.

I nic się z tym nie da zrobić przez długi czas. Bo Platforma jest do tego nieprzygotowana. A zadanie, które przed nią stoi, jest trudniejsze od tego, z jakim zmierzyło się Prawo i Sprawiedliwość jesienią 2015 r. By przywrócić społeczeństwu radio i telewizję, które po 2016 r. z publicznych stały się de facto rządowe, potrzeba więcej starań, niż wymagało zagarnięcie tych mediów. Zawsze łatwiej psuć, niż naprawiać. PiS-owi przejęcie TVP po wyborach zajęło dwa i pół miesiąca. Ale zrobił to brutalnie prostą ustawą, bezpośrednio podporządkowującą zarządy mediów ministrowi skarbu. Jeżeli PO rzeczywiście chce, by media były obywatelskie i niezależne politycznie, nie może operować tą samą brzytwą.

Na razie zresztą nie bardzo wie, jaka to będzie operacja. Jest diagnoza: gangrena propagandowa. Jest cel: powrót do zdrowia. Brakuje najważniejszego: planu leczenia.

W piątek na forum programowym Koalicji Obywatelskiej posłanka PO Iwona Śledzińska-Katarasińska zebrała konsylium, które omawiało metody terapii. Pierwszą firmuje Fundacja Sztuka Media Film. Projekt zakłada organizacyjne trzęsienie ziemi, kadrowe odchudzenie i finansową rewolucję. Z 19 spółek miałyby powstać dwie. Jedną stanowiłby główny oddział TVP i ogólnokrajowe Polskie Radio.

Druga miałaby siedzibę poza Warszawą i objęła terenowe oddziały TVP oraz 17 rozgłośni regionalnych. Z 13 kanałów telewizji zostałyby cztery ogólnopolskie – TVP 1, TVP 2, TVP Info, TVP ABC – i do tego dwa regionalne. Pozostałe stacje przeniosłyby się do internetu. Zatrudnienie spadłoby o prawie 30 proc., do ok. 3,3 tys. osób. Przybyłoby jednak pieniędzy, bo projekt obywatelski jest jeszcze hojniejszy niż PiS: daje mediom z budżetu państwa ok. 2,3 mld zł rocznie, tj. po 5 zł miesięcznie za każdego Polaka. W zamian ma być mniej reklam. Propagandę ma zwalczyć kodeks etyczny – ale tym razem traktowany poważnie, łącznie ze zwolnieniem z pracy za jego złamanie. Będą tego pilnować rady misji publicznej.

Drugi projekt przygotowała posłanka Śledzińska-Katarasińska. W podstawowych kwestiach jest bliski propozycji obywatelskiej, choć zamiast dwóch proponuje jedną spółkę. Duży nacisk kładzie na dobór kadry kierowniczej w jawnych konkursach i społeczną kontrolę realizacji misji – w tym celu powstałaby rada interesu społecznego.

Żadna z tych kuracji nie gwarantuje uzdrowienia mediów. Trudno je odpolityczniać, skoro KRRiT nadal będą wybierać politycy: Sejm, Senat i prezydent. Pojawiająca się w obu projektach rotacyjność kadencji członków tego organu to żadne remedium. Stosowano ją w przeszłości: gwarantowała urozmaicenie, ale nie brak nacisków politycznych. Tym bardziej przy finansowaniu z budżetu. Jak pokazują doświadczenia tej kadencji, to świetny sposób trzymania radia i telewizji na smyczy.

Iwona Śledzińska-Katarasińska liczy, że jej partia wybierze modus operandi do końca lipca. To bardzo optymistyczne założenie, bo Platforma nigdy nie traktowała mediów publicznych poważnie, do legislacji w tej dziedzinie zabierała się jak pies do jeża – i widać, że nawet po zderzeniu z telewizją Jacka Kurskiego to podejście się nie zmieniło. Nie jest pod tym względem przygotowana do zwycięstwa. I jeśli tego szybko nie nadrobi, to nawet w razie wygrania wyborów w starciu ze zbudowaną przez PiS machiną propagandy i tak czeka ją KO, czyli nokaut.